Zaloguj

Wydanie 01/2018

Walcz do końca
Walcz do końca
Paweł Kokoszka

Karpie mające w sobie „to coś” są moim celem od kilkunastu lat. Każda moja wyprawa karpiowa była wyjątkowa i czegoś mnie nauczyła. Zdałem sobie sprawę, że szczęściu trzeba pomagać. Większość zasiadek dała mi do zrozumienia, że nad wodą zawsze trzeba się spodziewać… niespodziewanego!

Kilkanaście lat temu zacząłem swoją przygodę z karpiami. Złapałem bakcyla i wiem, że jest to pasja do końca życia. Zauważyłem, że od kilku lat panuje ślepe podążanie za osiągnięciami, tzn. łowieniem tylko karpia 20+. Myślę, że tego typu wyznacznik przyćmiewa w drastycznym stopniu piękno, jakie generalnie oferuje karpiowanie. Sam kontakt z naturą jest czymś wyjątkowym.
Jedną z zasiadek, która bardzo mnie urzekła, była wyprawa nad bardzo popularny zbiornik PZW Dębowa. Móc „wypracować” tam cyprinusy było czymś wyjątkowym. Krystaliczna woda, dzika natura, typowanie miejscówki wyłącznie przy pomocy okularów polaryzacyjnych było czymś wyjątkowym. Mój sen o ciemnym „mirrorze” się spełnił drugiej nocy. Duże, pojedyncze, złote łuski dodawały uroku tej rybie. Tej nocy przytrafiło mi się coś bardziej niezwykłego. Miałem jednocześnie dwa brania ryb o wadze przekraczającej 15 kg! Było to dla mnie czymś nadzwyczajnym, ponieważ rzadko kiedy zdarzają się takie przypadki na wodach PZW. Ostatniej nocy zwieńczeniem zasiadki była złota „torpeda”. Piękny amur pokazał swą siłę, walcząc ze mną w wodzie. Takie chwile pozostają w pamięci na zawsze!

Rekordowy azjata ze Śląska.

Większość karpiarzy wie, że Śląsk słynie z pięknych amurów, dlatego w poszukiwaniu „azjatów” wziąłem na cel wodę PZW z tamtych okolic. Tę wyprawę ciężko było nazwać zasiadką, raczej szybkim wypadem nad wodę. Przez dzień ochłoda w wodzie (przy okazji badanie dna), kąpiel i relaks na rowerku wodnym, a nocą to, co lubię najbardziej, czyli oczekiwanie na branie. O zmierzchu pojawiły się ciemne chmury, silna nawałnica nie pozwoliła spokojnie wędkować, dlatego nie położyłem zestawów. Dla bezpieczeństwa wolałem nie zbierać sprzętu, tylko postanowiłem przeczekać wyładowania atmosferyczne w namiocie. Tuż nad ranem burza ustała, miałem po prostu się spakować i wrócić do domu, lecz Gabi ciągle mnie zachęcała, abym wywiózł zestawy. Zrobiłem to, lecz nie oczekiwałem brania. Pół godziny po wywózce usłyszałem dźwięk sygnalizatora. Złowiłem swój rekord amura, po czym tuż po zakończeniu sesji i wypuszczeniu okazu, rzutem na taśmę, na drugą wędkę złowiłem kolejnego amura. To była wyjątkowa zasiadka!

Mój największy mirror z Rainbow.

Pomóż szczęściu
Każdy z nas, karpiarzy, ma swe cele i marzenia, które są w pewnym stopniu wyznacznikiem wyboru wód, w których będziemy łowić. Jednym z moich największych marzeń był wyjazd nad sławne jezioro Lac de Curton Rainbow. Zaczynając swą przygodę z karpiarstwem, będąc dzieckiem, z zachwytem oglądałem urokliwe zdjęcia tego zbiornika, nie wspominając o ogromnych karpiach, niczym prehistorycznych, które są celem karpiarzy z całego świata. Daleka lokalizacja oraz wręcz zerowe szanse zdobycia rezerwacji od Pascala szybko wybiły mi z głowy marzenie, aby tam pojechać, lecz ciągle - w głębokiej podświadomości - mówiłem sobie, że kiedyś na pewno tam pojadę. Pewnego dnia zadzwonił do mnie Maciej z rewelacyjną informacją. Zadał mi pytanie, czy jedziemy na Rainbow. Nie mogłem w to uwierzyć, stwierdziłem, że szczęściu trzeba pomóc i muszę tam pojechać! Szybkie pakowanie na tzw. wariackich papierach i w drogę! Podróż dała nam się mocno we znaki. Jest to spora odległość, lecz czego się nie robi dla osiągnięcia swego celu. Szybko rozeznaliśmy się na wodzie, poszukaliśmy miejscówek i mogliśmy cieszyć się z dwutygodniowego pobytu w tzw. „mekce karpiarzy”. Robiliśmy wszystko tak, jak nam podpowiedzieli znajomi, lecz po kilku dniach bez żadnych brań stwierdziłem, że trzeba zrobić coś, co będzie się zupełnie różniło od tego, co wszyscy tutaj robią. Postawiłem jeden zestaw na mikro pop-up z ziarnem, kolejny na grubą przynętę dwa razy 24 mm, resztę zestawów również zmieniłem, i tak powoli zacząłem odnosić sukcesy.

Wyjątkowość ryby, jest ważniejsza od wagi.

Szczęściu trzeba pomagać, tę zmianę z pewnością mogę tak określić. Zaledwie 30 minut po wywiezieniu zestawu na mikroprzynętę złowiłem swojego pierwszego pełnołuskiego karpia 20+ z Rainbow! Więcej do szczęścia mi nie brakowało. Legendarne łowisko, piękna słoneczna pogoda, orzeźwiający wiatr znad oceanu i do tego piękne karpie, których ciemnozłote łuski mieniły się w promieniach słońca – magia! Moim zdaniem karpie z Rainbow są wyjątkowe. Ich wybrzuszenia na łbie, ciemne płetwy i duże pyski sprawiają, że można w pewnym stopniu utożsamiać je ze dinozaurami (oczywiście nie są z tego okresu). Urok tego miejsca, zapierające dech w piersiach poranki, podczas których przez mgłę przebijają się pozwalane do wody drzewa, to coś niesamowitego. Z pewnością tam powrócę, aby znów poczuć wyjątkowość tego akwenu.

Złowiony na sam koniec zasiadki.

Spodziewaj się niespodziewanego
Jesień jest specyficznym okresem - z jednej strony karpie robią zapasy przed zimą, a z drugiej - są bardzo chimeryczne i nie zawsze chcą współpracować. Nie mogłem przegapić tego okresu i zdecydowałem się na zasiadkę na klubowej wodzie PZW. Wyjątkowa i zadbana pożwirowa woda z pięknymi karpiami, czyli to, co kocham najbardziej! Pełen optymizmu wstępnie wytypowałem miejscówki, przygotowałem i wywiozłem zestawy. Już po kilku godzinach miałem branie, niestety przy brzegu, tuż przed podbierakiem kap się wypiął. Noc upłynęła spokojnie, następnego dnia skusił się jedynie dorodny leszcz, lecz nie to jest mój cel wypraw karpiowych. Sobota upłynęła spokojnie. Marcin, z którym wybrałem się na tę zasiadkę, przechytrzył niezwykle „ułuszczonego” karpia, a mnie w tym samym momencie (mieliśmy jednocześnie brania) znów przy brzegu karp uciekł. Byłem zdruzgotany, nie wiedziałem, co robię źle, byłem pewien swych zestawów, bo przez cały sezon mnie nie zawodziły. Postanowiłem dalej walczyć i robiłem wszystko, co w mojej mocy. Ostatnia noc przyniosła mi znów białoryb, lecz tym razem pięknego lina. Byłem pewien, że przez dzień nie mam szans na branie karpia, myślałem wyłącznie o powrocie do domu. Nikomu nie życzę takiego przebiegu zdarzeń.

Listopadowy okaz na którego długo czekałem.

Nad ranem podczas obserwowania wody zauważyłem spław pięknego karpia, który po pewnym czasie znów pokazał swoją aktywność w tamtym rejonie wody. Postanowiłem rzutem na taśmę przewieźć tam zestaw na koniec zasiadki. Szybko się spakowałem, zostały jedynie wędki i mata. Ostatnie zaczerpnięcie świeżego powietrza, spojrzenie na wodę, chwila relaksu i nagle sygnalizator wydał trzy pojedyncze piknięcia! Podbiegam do wędki, zero dalszej reakcji, widzę jedynie napitą żyłkę, bez zastanowienia zacinam. Czuję spory opór, bo tamtejsze ryby mocno walczą w głębokiej wodzie. Czułem, że jest duży, że spokojnie i powoli odpływał, wybierając kolejne metry żyłki. Po pewnym czasie pozwolił się przyciągnąć pod brzeg i podebrać. Na pierwszy rzut oka nie wydawał mi się bardzo duży. Zwilżyłem matę, włożyłem do worka i - nadeszła ta chwila - zważyłem. Byłem tak oszołomiony rowojem zdarzeń, że dopiero waga uświadomiła mi, czego dokonałem. W południe na sam koniec zasiadki trafiła się taka niespodzianka – piękny, jasno ubarwiony golec w jesiennej scenerii. Wspanialszego zakończenia zasiadki nie mogłem sobie wymarzyć! Ta sytuacja przekonała mnie, że warto walczyć do samego końca, bo nigdy nie wiadomo, kiedy na nasz zestaw skusi się „bigcarp”, który jest marzeniem większości z nas.

Rzutem na taśmę
Jechać czy nie? Już jest zimno nad wodą, a może jednak? Te pytania ciągle mnie nurtowały na początku listopada, lecz nad czym się tu długo zastanawiać. „Karpiowe świry” zawsze znajdą powód, aby pojechać nad wodę. Temperatura w akwenie była bardzo niska, więc szczerze wątpiłem w to, że karpie będą miały ochotę zwrócić uwagę na moją przynętę. Zmiana taktyki na zimową, czyli minimalizm, subtelne zwiększenie aromatu i przyspieszenie pracy kulek z pewnością się przydała. Byłem bardzo mile zaskoczony, bo karpie ważące około 10 kg (urocze grubaski) chętnie pobierały mój pokarm. O tej porze roku był to dla mnie fenomen. Widać było, że korzystały z ostatniej szansy zebrania zapasów. Ostatniej nocy wiał mocny, zimny wiatr, który bez problemu zamroził całe obozowisko. Czułem, że tej nocy spełnią się moje marzenia, i tak właśnie było! Na mojej macie zameldował się niezwykle gruby mirror, którego kształt był lekko zbliżony do kwadratu, co czyniło go jeszcze bardziej wyjątkowym. Zapomniałem o doskwierającym mrozie, zmarzniętych palcach. Liczyło się tylko to, że przechytrzyłem go i spełniłem swoje marzenia o późnojesiennym okazie!
W takich chwilach czuję, że zdobyte doświadczenie przynosi efekty, a to, co kocham i to, co robię nad wodą, ma sens! Życzę wam równie mocnej pasji, jakiej ja mogę doświadczać!

Jest, mam go!

 

Oceń artykuł
Średnia ocena artykułu
Skontaktuj się z autorem

USTAWIENIA

Regulamin i polityka prywatności FAQ Dziennik zmian
Wersja 1.0
Korzystanie z aplikacji oznacza akceptację regulaminu. Jeśli jeszcze się z nim nie zapoznałeś, przejdź do zakładki Regulamin i polityka prywatności.
Wydawnictwo AS PRO MEDIA zastrzega sobie prawo do odmowy publikacji reklam i nie odpowiada za ich treść. Żaden materiał z czasopisma nie może być użyty i reprodukowany bez zgody wydawcy. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i redagowania zamawianych artykułów.
Świat Karpia, Świat Suma
AS PRO MEDIA
Czytaj czasopismo za darmo!
POBIERZ