Zaloguj

Wydanie 01/2018

Zagraniczne wojaże
Zagraniczne wojaże
Jakub Dłubak

Co pociąga nas, wędkarzy, w wyjazdach zagranicznych? Przede wszystkim ryby. Jak magnes działa na wędkarzy hasło „duża ryba” czy „20+”. Do tej pory mekką łowców okazów była Hiszpania czy Francja.

 

Wszyscy znają powiedzenie: aby złowić rybę w danym łowisku, to ona po prostu musi tam być. Aby złowić dużą rybę, tak samo. Dodatkowo w różnych państwach możemy spotkać różnorakie gatunki czy odmiany ryb. Dla przykładu na południu Europy, powiedzmy w Rumunii, występują czarne amury, których w Polsce nie uświadczymy. Choć nigdy nie miałem okazji wędkować w Hiszpanii czy Francji, to od lat jest to moim marzeniem. Nie da się ukryć, że taka wyprawa jest przede wszystkim droga. Owszem, można lecieć samolotem i wynająć sprzęt na miejscu. Jednak spora część wędkarzy woli mieć swoje zabawki, a nie pożyczone. Zaliczam się do tej grupy, dlatego aktualnie popularnym kierunkiem karpiowych łowów stały się m.in. Bałkany.

Widoki, które rekompensują trudy podróży - Tribalj, Chorwacja.

Jak się przygotować do takiego wyjazdu? Do tej pory ja i moi znajomi kilka razy wędkowaliśmy za granicą i dlatego chciałbym podzielić się kilkoma spostrzeżeniami, które mogą okazać się przydatne. W pierwszej będą to uwagi ogólne, a w drugiej – spostrzeżenia poczynione podczas zawodów.

Wybór łowiska
Temat najistotniejszy. Obecnie mamy nieocenioną pomoc w postaci Internetu. Łatwo wyszukać ciekawe zbiorniki w każdym kraju, do którego chcemy się udać. Może to być rumuńska Raduta, hiszpańska Orellana albo marokańskie Bin El Ouidane. Wszystko zależy od zasobności naszego portfela i naszej fantazji.

Mój pierwszy zagraniczny wyjazd miał miejsce dosłownie „za granicę”. Łowiłem wówczas na Adosov w Hawierzowie, czyli jakieś 15 km od polskiej granicy. Wyda się to śmieszne, zwłaszcza w zderzeniu z wodami, o których pisałem kilka linijek wcześniej, jednak był to dla mnie wówczas wyjazd zagraniczny. Od tego czasu miałem okazję wędkować w kilku innych państwach, z których najdalszym była Rumunia. Choć były to różne wody, w odmiennych krajach, to wspólnym mianownikiem były karpie i przygoda.

Podczas zawodów każdy karp jest na wagę złota (dosłownie).

Wybór zawodów
A jeśli zechcemy startować w zagranicznych zawodach? Żaden problem. Podobnie jak w przypadku łowiska, jeśli mamy już wytypowaną imprezę, to należy dobrze zapoznać się z regulaminem. Najlepiej jeśli jest napisany w języku, który znamy. Trochę gorzej jest, jeśli nic nie rozumiemy, bo póki jesteśmy jeszcze w Polsce, to znajdziemy kogoś, kto np. zna węgierski i regulamin nam przetłumaczy. Jednak jeśli na miejscu „my nic i oni też”, wtedy bywa ciężko albo wesoło. Kiedy po pierwszej nocy zawodów przyjechał do nas sędzia, to bardzo łamanym angielskim krzyknął: „You are fish?!” (ang. Jesteś rybą?!). Chwila konsternacji, a on powtarza pytanie. Po chwili zorientowaliśmy się, że pewnie chciał powiedzieć „Have you fish?”, czy coś w tym stylu. Nie wyprowadzając go z błędu powiedzieliśmy, że tak i wówczas przyszedł z wagą. Sytuacja powtarzała się codziennie, więc potem po prostu było wesoło. Jednak mielibyśmy problem, gdyby był jakiś temat sporny do wytłumaczenia. Na szczęście pozostali organizatorzy bardzo dobrze radzili sobie z językami obcymi.

Mapa stanowisk na Raducie.

Wywiad terenowy
Jeśli mamy już wybrany kraj i łowisko (zawody), przyszedł czas na poznanie panujących tam zasad oraz odpowiednich przynęt. W tym celu znowu zaglądamy do sieci i szukamy regulaminu danej wody lub w przypadku wód związkowych panujących zasad w danym państwie. W tym miejscu pojawiają się często problemy, bo o ile popularne łowiska mają strony internetowe, i to nawet przetłumaczone w kilku językach, o tyle wody mniejsze - już nie zawsze. Wtedy dobrze poszukać wędkarzy, którzy już tam łowili. Kiedy kilka lat temu przygotowywałem się do zawodów na Raducie, to oprócz portali wędkarskich przeszukiwałem też youtube, a następnie pisałem wiadomości do autorów filmów. Czasem odpisywali, a czasem nie. Jednak z zebranych informacji część okazała się przydatna. Wiadomo zawsze trzeba brać poprawkę i stosować sito na to, co dostajemy, bo nigdy do końca nie wiadomo, z jakim bajkopisarzem czy gwiazdą przyszło nam korespondować. Chyba każdy z nas takich zna, więc wiecie, o co mi chodzi.

Podczas zawodów trafiają się różne stanowiska, czasem i takie utrudnienia.

Planowanie wyprawy
Ktoś może powiedzieć, że wyprawa to jest na K2, a tutaj jest to po prostu zasiadka, tyle że daleko od domu. Z takim stwierdzeniem się nie zgodzę, bo przygotowania do zagranicznych łowów mogą przypominać solidną wyprawę podróżniczą. Oczywiście wszystko zależy od tego, gdzie i na jak długo jedziemy. Jeśli jedziemy do Ostrawy na weekend, to nie ma problemu, ale jeśli jest to tygodniowe wędkowanie w Chorwacji czy Rumunii, to (serio!) trochę trzeba przemyśleć temat. W pierwszej kolejności skład. Czy jedziemy sami, czy z rodziną, czy z kumplami. Jeśli tak, to na pewno trzeba wszystkim odpowiednio wcześniej dać znać. Nie ma tutaj miejsca na „jedźmy na weekend na Ebro”. Oczywiście, jeśli jedziecie gdzieś już któryś raz z rzędu, to znacie łowisko, zachowanie ryb, możecie oszacować ilość potrzebnych przynęt i taki wyjazd jest bezproblemowy. Różnica wówczas pomiędzy zagranicznym wyjazdem a lokalną zasiadką jest tylko w dystansie i kosztach. Jednak zakładam, że jest to pierwsza wizyta na nowym zbiorniku. Ekipa zdeklarowana, urlopy zaplanowane, czas na organizację transportu. Kolejna sprawa bardzo istotna. Jeśli mamy możliwość zorganizowania busa, to każdy z członków ekipy zaoszczędza kilka „stówek”. Jeśli nie, to szykujemy się na wyjazd osobówkami. Sprawa w zasadzie oczywista. Jednak teraz moim zdaniem ważny temat - trasa. Ten etap planowania zazwyczaj spada na mnie i nie mam jakoś z tym problemu. Po prostu lubię planować wyjazdy, czasy przejazdu i koszty. Zazwyczaj robię to „z górką”, aby nie zabrakło kasy na paliwo gdzieś 200 km od domu. Co prawda obecnie, nawet jeśli nie mamy waluty, to prawie zawsze zapłacimy kartą. Jednak - do czego zmierzam - przed wyjazdem zawsze sprawdzam aktualne ceny paliwa. Są to kwoty uśrednione, ale dają jakiś pogląd, że jeśli u nas litr ropy to 4,5 zł, w Czechach 5 zł, a w Austrii np. 6 zł, to trzeba zatankować jeszcze przed austriacką granicą. Kolejna sprawa to opłaty autostradowe. Obecnie w większości państw obowiązują winiety, jednak w różnej formie. Dla przykładu Czechy i Austria stosują naklejki, a Węgry czy Rumunia system elektroniczny. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie jedna sprawa. Dla przykładu na Węgrzech funkcjonuje rozróżnienie na busy, a właściwie na ilość miejsc. Inne opłaty dotyczą „blaszanek”, a odmienne busów osobowych. Warto zwrócić na to uwagę podczas planowania budżetu. Kary za brak opłaty autostradowej są zazwyczaj bardzo wysokie, więc nie ma co się szczypać, tylko trzeba kupić.

Dwa różne zestawy. Jeden na 30 m od brzegu, a drugi na 120 m. Często trzeba szukać ryby.

Inwentaryzacja sprzętu
Wyjazd zbliża się wielkimi krokami, czas zrobić mały remanent w swoich akcesoriach i generalnie w sprzęcie. Uważam, że w tym miejscu zaczyna się najważniejszy etap wyprawy, ponieważ, co będzie, jeśli złamie nam się kij gdzieś tam daleko... Owszem, to nie Amazonka i 5 dni drogi do najbliższej wioski, ale sprawa jest problemowa. Dlatego też przed moimi pierwszymi dalekimi zawodami postanowiłem zaopatrzyć się w dodatkowy zestaw wędek. Co prawda o innych parametrach, jednak zawsze to rezerwa. Nawet jeśli jesteśmy na imprezie rzutowej i „pójdzie” nam główna wędka i zostanie np. 360 i 2,75 lb, to nic straconego. Co prawda nie poślemy z niej zestawu na 140 metrów, jednak nikt nie powiedział, że nie możemy zmienić strategii i jednym kijem łowić „pod nogami”. Nawet jeśli nic na niego nie złowimy, to mamy psychicznie czyste sumienie, że nie jesteśmy o jednej wędce. Zawsze już na kilka tygodni przed wyjazdem robię porządny spis akcesoriów, które mam w portfelach, ponieważ to one są tutaj kluczowe. „Diabeł tkwi w szczegółach”- zgadzam się z tym powiedzeniem. Dlaczego? Po co nam te 100 kg kulek, 200 kg kukurydzy i beczułka orzecha tygrysiego, jeśli nie weźmiemy igły do kulek albo - z innej beczki - pompki do pontonu. Oczywiście od tego są koledzy i musielibyśmy mieć niewyobrażalnego pecha, abyśmy obydwaj zapomnieli przysłowiowej igły i trzeba byłoby latać po sąsiadach albo szukać sklepu. Jednak, no cóż, to się zdarza. Kiedyś pakowałem na zawody sprzęt dla dwóch drużyn. Ja startowałem z kolegą, a brat z tatą. Wszytko gotowe, można jechać. Na miejscu okazało się, że brakuje korków do jednego pontonu. No i co teraz? Na szczęście brat wylosował takie stanowisko, że wystarczała mu łódka zdalnie sterowana, a ja mogłem używać pontonu. Jedynie na potrzeby sondowania i chyba jednej wywózki pożyczyliśmy sprzęt od sąsiadów. Przy czym to były małe zawody, rozgrywane w bardzo koleżeńskiej atmosferze, więc nie było problemów. Na większych imprezach mogłoby być inaczej.

Mój pierwszy chorwacki cyprinus.

Pakowanie
No właśnie, jak się za to zabrać? Na pewno spokojnie i powoli. Zazwyczaj już kilka dni wcześniej robię listę potrzebnych rzeczy i odkładam je na jedno miejsce. Później, kiedy pakuję się już do samochodu, ponownie biorę listę i jeszcze raz odkreślam wkładane przedmioty. Ktoś może powiedzieć: normalka. Zgadza się: standard, jednak w przypadku zawodów wszystko musi być dopięte na ostatni guzik.

No to w drogę
Upragniony dzień wyjazdu nadszedł, czas ruszyć na spotkanie z przygodą. Zawsze staram się wyjechać odpowiednio wcześniej. Nie po to szykowałem się na zawody przez ostatnie kilka tygodni czy miesięcy, żeby spóźnić się na losowanie. Tutaj mała anegdota, kilka razy przywoływałem już zawody na Raducie i zrobię to ponownie. Kiedy jechaliśmy do Rumunii, mieliśmy wyliczony czas i rezerwę. W trakcie podróży okazało się, że drogi w kraju Drakuli nie są tak dobre, jak nas zapewniano, a dodatkowo zapomnieliśmy, że Rumunia jest w innej strefie czasowej. Konkretnie plus 1, czyli mieliśmy dodatkową godzinę w plecy. Zdążyliśmy na rejestrację, jednak była pewna nerwówka. Dlatego od tego czasu wolę wyjechać wcześniej, bo ta godzina czy dwie w domu już mnie nie zbawią. Nic nie zrobię, bo myślami i tak jestem już w trasie, więc po co męczyć siebie i domowników. 

Sygnał do startu
W tym miejscu już zakończę, bo nie jest moją intencją opisywać sondowanie czy losowanie stanowisk. To wygląda już tak jak u nas. Czasem z większą, a czasem mniejszą pompą. Jednak, podsumowując, wyjazdy zagraniczne, czy to na prywatne zasiadki czy na zawody, to wspaniała przygoda i możliwość poznania nowych osób, wymiany doświadczeń i dobrej zabawy. Tego wam życzę!

Tym razem z Polski. Co prawda mały, ale i tak największy amur zawodów.

 

Oceń artykuł
Średnia ocena artykułu
Skontaktuj się z autorem

USTAWIENIA

Regulamin i polityka prywatności FAQ Dziennik zmian
Wersja 1.0
Korzystanie z aplikacji oznacza akceptację regulaminu. Jeśli jeszcze się z nim nie zapoznałeś, przejdź do zakładki Regulamin i polityka prywatności.
Wydawnictwo AS PRO MEDIA zastrzega sobie prawo do odmowy publikacji reklam i nie odpowiada za ich treść. Żaden materiał z czasopisma nie może być użyty i reprodukowany bez zgody wydawcy. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i redagowania zamawianych artykułów.
Świat Karpia, Świat Suma
AS PRO MEDIA
Czytaj czasopismo za darmo!
POBIERZ