Zaloguj

Wydanie 01/2018

10 do 1
10 do 1
Tomasz Mulka

Bardzo się starałem, aby ten artykuł ujrzał światło dzienne o wiele wcześniej niż na początku 2018 roku. Teraz wiem, że tak właśnie musiało być! ‘Dziesięć do jednego’ to nic innego jak opowieść o jedenastoletniej przygodzie z profesjonalnymi łowiskami komercyjnymi.

Czasami, a teraz już coraz częściej, zadaję sobie pytanie, czy komercja jest taka łatwa, czy tylko w Polsce przychodzi mi łowić z taką łatwością. Łatwością, która wręcz odpycha mnie do zbiorników o nieco mniejszej populacji ryb.

Zacznijmy od początku. Jako karpiarz wychowałem się z dala od polskich zbiorników, na których za każdym razem, gdy zbliżał się koniec roku, czułem niedosyt złowionych ryb. Oczywiście, nie myślałem, iż muszę odłożyć swoje wędki na kilka miesięcy w związku z przymrozkami panującymi na zewnątrz, gdyż takich nie było. Niemniej jednak każdy rok podsumowywałem w swoim albumie ilością ryb poniżej własnych oczekiwań. Zastanawiam się, dlaczego tak było… Zastanawiam się, czy „10 do 1” to wystarczający stosunek, aby poruszać ten temat! Z czysto matematycznego punktu widzenia to niemożliwe, że czasami jeden znaczy więcej niżeli dziesięć. A może to tylko umiejętności, pewność siebie, trafność dokonywanych wyborów daje mi teraz rezultaty, o których mogłem pomarzyć przez ostatnie dziesięć lat? A może to doświadczenie, które nabyłem na wyspach, pozwala mi tak szybko zaadaptować się na polskich wodach? Kto wie…

Angielska miejscówka.

Trudność wyboru!
Wielokrotnie czytałem, czasami wręcz słyszałem bezpośrednio od wędkarzy, iż brytyjskie wody są po prostu nie tyle przełowione, co utrzymują zbyt wysoką ilość karpi w zbiorniku i łowienie w takich „wannach” jest zbyt proste. Trudno się z tym nie zgodzić. Ale dlaczego tak często się zdarza, iż trzy czwarte łowiących „zjeżdża o kiju”? Jak zapewne mogliście zauważyć, w tym roku wiele komercyjnych zbiorników wykazywało regres ilościowy złowionych ryb. Podejrzewam, że czynnikiem mającym ogromny wpływ na zachowanie ryb była pogoda, która w tym roku przez większą część sezonu był ekstremalna. Nagłe przyrosty czy spadki temperatury i ciśnienia musiały odbić się na nieregularności w łowieniu. Powracając jednak do wątku trudności wyboru, przez wiele lat największym problemem brytyjskich wód karpiowych było ich obłożenie. To główny czynnik, przez który w większości przypadków oddalałeś się od wyników, które mogłyby Cię zadowolić. Cała ta sytuacja jest niczym innym jak łańcuszkiem powiązań: duże obłożenie, ograniczona wolność wyboru, tudzież przyzwyczajenie karpi do podwodnych pułapek… Biorąc pod uwagę, iż karpiowanie w Anglii, wraz z niektórymi karpiami, jest starsze ode mnie, śmiem twierdzić, że nijak ma się porównanie polskich komercji z tymi na wyspach.

Uroki karpiowania na wyspach.

Z pontonu łatwiej?
Dla was to codzienność, dla mnie - wręcz odwrotnie. W tym roku zapomniałem o wielu rzeczach podczas karpiowania nad polskimi zbiornikami, ale przy okazji nauczyłem się kilku nowych, bardzo istotnych. Teraz uważam się za kompletnego karpiarza. Większość polskich zbiorników komercyjnych oparta jest na wywózce naszych zestawów. Zastanawiam się, dlaczego? Czy nie doszło to wszystko do takiego momentu, w którym mówi się „nasz klient - nasz Pan”? Cokolwiek sobie zażyczy, to ma, a jego wygoda jest najważniejsza. Wszystko tak zorganizowane, aby nie zabrakło brania i aby w dobie Internetu nikt nie napisał: „tam ryby nie biorą!”. Dla mnie to nie do przyjęcia. Jeśli ktoś nie łowi na łowisku, w którym ryb nie brakuje, a sama woda nie jest obstawiona po zęby to… Zresztą sami sobie skomentujcie to stwierdzenie. Wiem jedno, gdyby nie te 10 lat chodzenia, szukania, markerowania, obserwacji małych zbiorników i wykonywanie tych wszystkich czynności z poziomu wędziska, nie byłoby mi tak łatwo opanować sztukę wywózki. Natomiast nijak ma się to w odwrotnym kierunku. Wręcz śmiem twierdzić, że jeśli ktoś wędkuje za pomocą pontonu, łódki zdalnie sterowanej i echosondy, nie poradziłby sobie w takim samym stopniu bez tych narzędzi.

W kolebce wędkarstwa karpiowego, mogłoby się wydawać, że złowię życiowy rekord... a jednak nie.

Plus dla polskich komercji
Przede wszystkim zaletą polskich komercji jest urok, jaki niektóre polskie prywatne

łowiska oferują. Gdybym miał być szczery, to plusów jest o wiele więcej. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to średnia wielkość łowionych ryb na polskich komercjach. Może to nie Chorwacja, Włochy czy też Węgry, ale w porównaniu do typowych angielskich karpi to mamy czym się pochwalić. Wyobraźcie sobie, że karp o wadze 15 kg byłby tak samo szanowany i uznawany przez większość z was jak 20+, a fizycznie tego kabana można byłoby złowić tylko w kilku miejscach w Polsce, do których i tak nie mielibyście dostępu? Wyobrażacie sobie, że weekendowa zasiadka po pracy graniczyłaby z cudem wjechania na jakąkolwiek wodę? No tylko ta zima, od której o mało co nie dostałem świra w zeszłym roku. I sam się zastanawiam, gdzie mam szukać alternatywy, aby po 10 latach całorocznego przebywania nad wodą móc zamoczyć kij i nie odmrozić sobie paru palców u stóp. Kolejną ważną zaletą jest dojazd na stanowiska. Normalnie plecy mają w Polsce emeryturę, pierwszy wózek karpiowy, który zakupiłem - a tylko po to, by nie dźwigać tego całego majdanu - musiał być od razu na trzech kółkach. Czy pomogło? Jasne, że nie! Może i dźwigać nie trzeba, ale i pchać się nie chce. I tak z plusów zjechałem troszkę w stronę negatywną, a zarazem zacząłem poruszać kwestię tego, iż stajemy się bardzo wygodni.

Mimo dużej populacji karpi w łowiskach Brytyjskich, mata niekiedy była pusta.

Nie odbierajcie mnie źle, ale przy całej tej wygodzie zatracamy sens, na którym to wędkarstwo powinno być oparte. Coraz częściej nad wodą można spotkać licznie rozmnażające się przyczepy kempingowe, wędkarzy szukających wi-fi nad łowiskiem i prądu na samym stanowisku. Zaczynam się zastanawiać, do czego to zmierza… I nie wmówicie mi, że 80% czasu, który spędzacie nad wodą, to siedzenie nad brzegiem wody, a nie w kempingu. Ale prawdą też jest fakt, że karpiarzy możemy podzielić na dwie grupy: tych, co chcą łowić i wszystko robią tak, aby wykorzystać każdą minutę nad wodą i tych, którzy jadą tylko odpocząć i - bez dwóch zdań - mają do tego prawo.

Czekając na sesję zdjęciową.

Sezon życia
Prywatnie zawsze twierdziłem, iż w Polsce złowić okazałą rybę jest o wiele łatwiej niż w miejscu mojego poprzedniego zamieszkania. Stąd też ten rok był moim wyzwaniem pod hasłem „Personal Best”. Za każdym razem jadąc nad wodę myślałem o jednym, a raczej o jednej, tej ponad 20-kilogramowej zdobyczy. I nie odbierzcie mnie źle, bo ja kocham wszystkie ryby, ale to był mój osobisty cel numer jeden. Ten dzień przyszedł pod koniec września… Każdy zawsze powtarza: „kije pakuję na samym końcu”. Tym razem nie było inaczej: siódma rano, o dziewiątej wyjazd na samolot, by zdążyć odwieźć przyjaciela, a tu… ostre branie. Co prawda hol nie różnił się niczym szczególnym od wszystkich tych „dziewiętnastek”, które wcześniej gościły w moim podbieraku. Widzę ją, ważę. Piękne 20 plus stało się faktem. Euforii nie było, nie było też czasu na celebrację. Wszystko w biegu, więc szybko pożegnałem się ze swoją rybą życia. Lecz to, co mnie spotkało pod koniec listopada, to przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Tak naprawdę śniłem o niej, ale chciałem po prostu mile spędzić czas nad wodą. Pochwalę się nią i chętnie podzielę się swoimi refleksjami, ale innym razem, kiedy zechcę napisać, jakie to uczucie wyholować karpia, któremu tak nie wiele brakuje do trzydziestu kilogramów. Takie są właśnie polskie komercje!

To już Polska i Gosławice.

Piękna ryba na zakończenie sezonu - 28,00 kg.

Podsumowanie
Mógłbym podsumować te jedenaście lat jednym zdaniem. Sądzę, iż mógłbym podsumować te jedenaście lat jednym zdjęciem. Ale tego nie zrobię, bo wiele lat przede mną, wiele lat sukcesów i porażek, a ten rok może być jedynie iluzją moich wyobrażeń o polskich wodach komercyjnych. Myślę, że jeśli dotarłeś do tego punktu mojego artykułu, to powinieneś zacząć szanować własne, polskie zbiorniki, a nie szukać szczęścia w innych częściach globu.

Waga nie kłamie...

Przez ostatnie dziesięć lat nie złowiłem tak okazałych, równie pięknych, a przede wszystkim prawdziwych, nieimportowanych karpi, co przez jeden rok w Polsce. I w przyszłym roku będę tu ponownie!

Marzenie spełnione. Może wracać do siebie.

Oceń artykuł
Średnia ocena artykułu
Komentarze
Adam Lisiecki
2018-01-14 06:04:22
Tak jest..... Cudze chwalicie a swego nie znacie.... Good luck Mr Tomku :)
Łukasz Preisner
2018-02-07 12:10:25
Bardzo ciekawy, skłaniający do wielu refleksji artykuł! Czekam na kolejne!
Stefan Wyszyński
2018-02-19 06:13:28
No ładnie
Skontaktuj się z autorem

USTAWIENIA

Regulamin i polityka prywatności FAQ Dziennik zmian
Wersja 1.0
Korzystanie z aplikacji oznacza akceptację regulaminu. Jeśli jeszcze się z nim nie zapoznałeś, przejdź do zakładki Regulamin i polityka prywatności.
Wydawnictwo AS PRO MEDIA zastrzega sobie prawo do odmowy publikacji reklam i nie odpowiada za ich treść. Żaden materiał z czasopisma nie może być użyty i reprodukowany bez zgody wydawcy. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i redagowania zamawianych artykułów.
Świat Karpia, Świat Suma
AS PRO MEDIA
Czytaj czasopismo za darmo!
POBIERZ