Zaloguj

Wydanie 03/2018

Złota godzina
Złota godzina
Norbert Regulski

Wakacyjna pora to zawsze trudny okres dla większości wędkarzy. W tym czasie nad wodą spotykają się plażowicze oraz wielbiciele sportów wodnych. Nie inaczej było na łowisku, które w zeszłym sezonie wybrałem sobie na weekendowe zasiadki. Zawiedziony totalnym brakiem brań postanowiłem zmienić taktykę i wytypować nowe miejsce, tym razem na szybkie, wakacyjne wypady.

Ze względu na to, że weekendowe wędkowanie nie przynosiło efektów, postanowiłem swoje wyprawy skierować ku szybkiemu, kilkugodzinnemu łowieniu w ciągu tygodnia. Omijając godziny, kiedy zbiornik jest najbardziej oblegany, zdecydowałem się na poranne zasiadki. Poświęcając czas tuż przed pracą, pojawiałem się w wytypowanym miejscu, nęcąc je codziennie przez dwa tygodnie o

tej samej porze. To, co w ostateczności doprowadziło do sukcesu, to przede wszystkim mój upór i konsekwentne działanie, którego następstwa motywowały mnie do wczesnego wstawania i meldowania się na łowisku o 4.00 rano. Znajomość zbiornika podpowiadała mi, by nęcić tylko kulkami, bez żadnych dodatków typu boostery, co miało utrudnić występującej tam dużej populacji leszczy wybieranie przynęty, a jednocześnie skusić czujne karpie, które mimo mulistego dna doskonale radziły sobie z lokalizacją moich smakołyków.

Trzy karpie złapane w niecałą godzinę. To było to ? ?złota godzina".

Miejsce
To, które wybrałem, wyglądało bardzo obiecująco. Do dyspozycji miałem wypłycenie z piaszczystym dnem o głębokości jednego metra. Atrakcyjności dodawały tam zwieszone gałęzie pobliskich drzew. Niecałe trzy metry dalej zaczynał się raptowny uskok na ponad cztery metry głębokości, z grubą warstwą mułu i z zatopionym konarem. W takim miejscu karpie czują się bezpiecznie i są mniej ostrożne, co sprzyja ich łatwiejszemu złapaniu.

Pączki, czyli zanęta, którą karpie z mojego bagienka uwielbiają.

Zestawy
Tak atrakcyjne miejsce wymagało idealnie celnych i długich rzutów. Szykując sprzęt na te zasiadki, musiałem wziąć ten fakt pod uwagę. Dlatego zdecydowałem się postawić na dwie M-ki, kije karpiowe od firmy Mikado, które nie tylko wpływają na trafność rzutów, ale również charakteryzują się bardzo dużym zapasem mocy, a do tego wspaniale prezentują się na łowisku. Smukłe wędki urzekają swą prostotą, a czarny kolor oddaje ich drapieżny charakter i moc, jaka w nich drzemie.
Pierwszy zestaw ulokowałem na płytkiej półce. Zawisł na nim 15-centymetrowy przypon wykonany z plecionki Mollia, firmy Mikado, z krótkim włosem i pojedynczą tonącą kulką. Drugi zestaw położyłem na samym końcu spadku w głębokim mule. Prawie półmetrowy przypon zakończony haczykiem Mikado Wide Gap, z pojedynczą zbalansowaną kulką na długim włosie, miał zadanie idealnie prezentować przynętę - w taki sposób, by stał się on jak najbardziej ponętny dla przebywających w tym miejscu karpi.

Piękny, ponad 10-kilogramowy lampas.

Strategia
W opracowanej strategii konsekwencja była moim drugim imieniem. Krok po kroku dążyłem do zamierzonego celu. Siedmiodniowy tydzień podzieliłem na dwa okresy, w których cztery dni nęciłem, a trzy dni przeznaczałem na wędkowanie. Poniedziałek, środa i czwartek były dla mnie czasem, który poświęcałem na łowienie, wtedy również mogłem liczyć na mniejszy tłok nad wodą. W pozostałe dni meldowałem się punktualnie o 4.00, aby zanęcić łowisko. Ważnym aspektem było właśnie to, by była to dokładnie ta godzina, bez choćby minuty spóźnienia. Punktualność, systematyczność i upór, a także dobrze wytypowane miejsce, okazały się moim kluczem do sukcesu.

Podsumowanie przygotowań
Po opracowaniu taktyki i przygotowaniu zestawów wdrożyłem swój plan. W grę wchodziło wyłącznie łowienie z rzutu, w czym idealnie sprawdziły się wspomniane już wcześnie wędziska, M-ki. Wywóz przynęt pontonem lub łódką zanętową w miejsce, gdzie woda miała około jednego metra, mogłoby skutkować spłoszeniem ryby, a ja nie mogłem sobie na to pozwolić ze względu na zbyt krótki czas, jakim dysponowałem na zasiadkę. Dlatego tak ważnym było dla mnie dobranie odpowiedniego sprzętu, który ułatwi mi zadanie dalekimi rzutami, a jednocześnie pomoże w skuszeniu ryb do szybkiego brania.

Kolejny zwolennik pączków zanętowych.

Dzień

pierwszy
Po dwóch tygodniach regularnego nęcenia wreszcie przyszedł czas na pierwszą zasiadkę, która miała być sprawdzianem dla mojej strategii. Na miejsce dotarłem już o 3.30. Wszystko wcześniej skrupulatnie naszykowałem, więc zostało mi tylko rozłożenie sprzętu i szybkie posłanie zestawów do wody, dokładnie tam, gdzie wcześniej to zaplanowałem. Po pół godziny zerwał mnie z fotela ciągły dźwięk sygnalizatora i echo wydobywającej się żyłki. Po delikatnym przycięciu i krótkim holu, ku mojej uciesze, na macie zagościła spora Ryba - ośmiokilowy karp. Ten przyjemny widok sprawił, że serce zaczęło mi szybciej bić, a wyobraźnia podsuwała mi widoki kolejnych brań. Szybko zatem posłałem zestaw do wody, by po 20 minutach zebrać kolejny plon mojej pracy. Tym razem zameldował się 10-kilogramowy okaz. Zdawało się, że moja taktyka może się sprawdzić. Trzy godziny minęły bardzo szybko i przyszedł czas, by zacząć się zbierać. Jest dobrze, pomyślałem i o 7.00 - w pełni usatysfakcjonowany swoimi dwoma zdobyczami - opuściłem łowisko, by udać się do pracy.

Poranna kawa nad wodą smakuje najlepiej.

Dzień drugi
Rozochocony dniem poprzednim z wielką nadzieją udałem się na łowisko, by powtórzyć rytuał pierwszego dnia. Ku mojemu zdziwieniu wszystko zaczęło się identycznie układać. Znów pierwsza ryba około godziny 4.00 i następna 20 minut później. Kolejny uśmiech i fantastycznie rozpoczęty poranek, dający energię na cały dzień.

Dzień trzeci
Kolejny dzień wędkowania i znów ta sama godzina przyjazdu nad wodę, szybkie rozstawienie i oczekiwanie na branie. Po godzinie 4.00 w skupieniu oczekiwałem powtórnego, charakterystycznego sygnału, do czego karpie zdążyły mnie już przyzwyczaić. Jednak tym razem miało spotkać mnie coś lepszego, mianowicie podwójne branie - marzenie każdego łowcy. Dobiegłem szybko do wędek, delikatnie zacinając jedną z nich. Na drugiej otworzyłem kabłąk, by pozwolić rybie „zaparkować” w trzcinie. Po wyholowaniu pierwszej ryby przyszedł czas na wyplątanie tej drugiej i szczęśliwe doprowadzenie jej do podbieraka. Dwie ryby na macie równocześnie to widok do zapamiętania na długie lata. Bez zmiany przynęty, bez zakładania PVA posłałem zestawy w nęcone miejsca i wróciłem szybko do moich zdobyczy, by móc je sfotografować. W tym samym momencie usłyszałem po raz kolejny dźwięk mojego sygnalizatora. Nie do wiary – następny okaz. Po krótkim holu do pary karpi dołączyła trzecia ryba. Ten wspaniały dzień obdarzył mnie trzema rybami, których łączna masa wynosiła ponad 30 kg.
Pierwszy tydzień wędkowania, po zastosowaniu mojej taktyki, uznałem za bardzo udany. Trzy satysfakcjonujące dni dały mi zadowalający, łączny wynik siedmiu ryb, z czego największa to piękny 12-kilogramowy lampas. Czułem się cudownie, a dzika woda była dla mnie bardzo łaskawa. Podekscytowany nie mogłem doczekać się następnych wypraw.

Młode pokolenie również chętnie pobierało smakołyki, które trafiały do wody.

Kolejne dni
Moje „wytresowane” karpiki nie zamierzały odpuszczać, kolejne dni przynosiły kolejne brania, pierwsze zawsze następujące między godziną 4.00 a 4.15 nad ranem. Podczas prawie dwudziestu zasiadek, na przestrzeni niecałych dwóch miesięcy, wyciągnąłem z mojego „bagienka” prawie 40 karpi, w przedziale wagowym 7-15 kg. Najpiękniejszą rybą z tych emocjonujących wypraw był karp pełnołuski, prawdziwy sazan o wadze 14,70 kg. Choć nie są to rekordy wagowe, to czas łowienia - proporcjonalnie do ilości złowionych ryb - daje świetny wynik, który jest moim osobistym rekordem na dzikim zbiorniku.

Po młodym pokoleniu na śniadanie przypływali również rodzice.

Nie żałuję czasu, który poświeciłem na obserwację, nęcenie i łowienie karpi. Był on dla mnie cenną lekcją, która z pewnością w przyszłości przyniesie mi wiele udanych zasiadek. Przekonałem się, że bez trudu można nauczyć ryby pewnych zachowań, wykorzystując przy tym wiedzę wynikającą z ich obserwacji. Moje konsekwentne działania i obrana taktyka przyniosły pozytywne efekty. Moim celem było ustalenie godziny brania, mojej „złotej godziny”, w której przyzwyczaję karpie do porannej stołówki w konkretnym miejscu. Powyższa historia pokazuje, że cel został osiągnięty. Udało mi się - misja wykonana.

Oceń artykuł
Średnia ocena artykułu
Skontaktuj się z autorem

USTAWIENIA

Regulamin i polityka prywatności FAQ Dziennik zmian
Wersja 1.0
Korzystanie z aplikacji oznacza akceptację regulaminu. Jeśli jeszcze się z nim nie zapoznałeś, przejdź do zakładki Regulamin i polityka prywatności.
Wydawnictwo AS PRO MEDIA zastrzega sobie prawo do odmowy publikacji reklam i nie odpowiada za ich treść. Żaden materiał z czasopisma nie może być użyty i reprodukowany bez zgody wydawcy. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i redagowania zamawianych artykułów.
Świat Karpia, Świat Suma
AS PRO MEDIA
Czytaj czasopismo za darmo!
POBIERZ