Wydanie 03/2018 - NOWOŚĆ

Jezioro Kierskie
Jezioro Kierskie
Rafał Stasiak

Tak się akurat składa, że 13 kwietnia mam urodziny – tego roku był to akurat piątek. W sumie to nie moja wina. W to „pechowe” popołudnie postanowiłem na chwilę chociaż urwać się nad wodę. Choć dwie, trzy godzinki… Wybór padł na jezioro Kierskie (duże, bo jest też i małe).

Nad wodą byłem chwilę po szesnastej. Znam ten zbiornik nieźle – całe dzieciństwo, każdy ciepły dzień, spędzaliśmy z kolegami tutaj wolne chwile. Łowiliśmy wtedy (połowa lat osiemdziesiątych) jeszcze na bambusowych wędkach. Jeśli ktoś posiadał bogatego wujka, miał tego „luksusowego” Rex-a, reszta - plastykowe Spinningi.

Dziś jezioro - wchłonięte przez miasto Poznań - cieszy się sporym zainteresowaniem. Pojawia się tu wielu wędkarzy, ceniąc rybną wodę, łatwość dojazdu komunikacją miejską lub autem. Z powodu jednak licznych ośrodków turystycznych problematyczne bywa dojście do łowisk typowo karpiowych. Najbardziej cenione są miejscówki od strony Krzyżownik i w samym Kiekrzu, np. na plaży przy ul. ks. Nawrota. Najlepsze efekty dają nocne połowy oraz o brzasku. Trzydzieści lat temu zasiadaliśmy w miejscu, gdzie rzeczka Samica wpływała do jeziora. Zawsze siadał tam też taki „dziadek” (wtedy „dziadek”, bo myśmy mieli po dziesięć lat, on około pięćdziesięciu-sześćdziesięciu). Opowiadał, jak to w latach pięćdziesiątych były tu olbrzymie ryby. Szczupaki-potwory, karpie-giganty. Na dziecięcą wyobraźnię to bardzo działało.

- Chłopaki, jakie tu trzydzieści lat temu były ryby. Szczupaki, leszcze, liny… i wielkie karpie! Przez popołudnie, razem z ojcem, nałowiliśmy cały wózek, taki dwukołowy (pewnie ze sto kilogramów). Ledwo dociągnęliśmy to wszystko do domu. A dziś to tylko złodzieje i kłusownicy! Wszystko wyłapali.
Słuchaliśmy z otwartymi ustami, tylko marząc o takich sztukach.

Jak wiele się zmieniło przez te 30 lat? Dziś już jestem po czterdziestce. Sprzęt mam nieco lepszy. Wodę nadal znam nieźle. Jezioro ogólnie jest piaszczyste i mało zamulone, lekko kamieniste. Najgłębsze miejsce na jeziorze ma około trzydziestu pięciu metrów. Jest sześć górek, na zboczach których występuje w dużych ilościach okoń i sandacz. Ogólnie w jeziorze zaczyna poprawiać się jakość wody. Zwiększa się populacja małży skójki, w dużych ilościach, a także roślin: rdestnica, moczarka, wywłócznik, które dają doskonałe schronienie dla bytowania drobnicy. Stali bywalcy „kierskiej wody” potwierdzają opinie o olbrzymich karpiach, zwłaszcza pełnołuskich. Trafiają się też nierzadko amury o wadze 25+. Przy okazji wielkiego karpia często trafia się duży leszcz, lin… i genialna płoć (mam już na koncie paręnaście sztuk w przedziale od 1 do 1,5 kg).

Aktualnie jezioro jest dzierżawione. Rybak zachowuje się bardzo rozsądnie i po gospodarsku. Wszelkie duże ryby (w tym karpie powyżej 10 kg) zostają w jeziorze. Dla rasowych karpiarzy zakupił 1,5 tony karpi powyżej 15 kg. Na początku kwietnia miały miejsce odłowy kontrolne (sieciami) – każdorazowo na odcinku całej linii brzegowej były karpie powyżej 15 kg. Największy, złowiony 6 kwietnia (czyli w zeszłym miesiącu), miał 26 kg.

Ale ten dwudziestosześciokilogramowy „karpik” nie był największą sztuką, z jaką miałem się możliwość spotkać nad kierską wodą. Było to w roku 1989. Byłem świadkiem pewnej historii. Jeden z moich sąsiadów pracował wtedy w firmie, która zajmowała się produkcją wyrobów z gumy i plastiku. Wyrabiali tam także sznurek do snopowiązałek. Był to w czasach komunizmu towar wysoce deficytowy. Sąsiad był „gość” – mógł załatwić coś cenniejszego od złota. Tak się akurat składało, że jego córka wychodziła za mąż. W czasach komunizmu trzeba było postarać się o wszystko. Sąsiad udał się więc do zaprzyjaźnionego rybaka z prośbą, aby ten na przyjęcie weselne mógł zapewnić mu świeżą rybę. Rybak zgodził się oczywiście, ale stwierdził, że nie chce pieniędzy, a chętnie rozliczyłby się w sznurku. Dogadali się – rybak tylko czekał na sygnał. Pewnego jednak dnia sam zadzwonił do sąsiada i prosił, aby sąsiad przyjechał do niego z dużą wanienką po rybę. Pojechałem z nim. Jako ciekawski dzieciak, interesujący się rybami, nie mogłem odpuścić takiej okazji. Przyjechaliśmy z metalową wanienką (taką murarską) do rybaka. Nasze zdziwienie musiało być ogromne – rybak uśmiechnął się tylko… i zaproponował 1 rybę (słownie: jedną). Był to karp – pamiętam jak dziś jego wymiary – miał 32 kg i 128 cm długości. Był piękny, ogromny i pękaty.
Sąsiad podrapał się w głowę – widać było, że nie był zadowolony. Stwierdził, że to stary karp… i pewnie nie nadaje się do jedzenia. Rybak znowu się tylko uśmiechnął. Wytłumaczył sąsiadowi, że tylko był taki żarcik i musiałby być idiotą, aby taką rybę zabić… To była samica karpia pełna ikry (dlatego taka pękata). Wróciła do jeziora, gdzie pewnie dała życie milionom narybku. Wszyscy odetchnęli z ulgą. To był największy karp, jakiego widziałem w życiu. Po powrocie do domu zmierzyliśmy wanienkę. Karp był o wiele większy od niej. Ta historia miała miejsce naprawdę.
Ale wrócimy do dzisiejszych czasów. Tak więc odnalazłem miejsce, w którym jako dzieciak w połowie lat osiemdziesiątych zaczynałem swoje przygody w rybami. O dziwo, nie było zarośnięte, a dobrze utrzymane. Nie ustawiałem się konkretnie na jakiś gatunek. Po prostu chciałem odpocząć. Obok siedział jakiś starszy pan (taki po osiemdziesiątce), łowiąc na antyczne już bambusy (razem pasowali do siebie).

Od słowa do słowa – po dłuższej wymianie zdań – starszy pan zaczął świetnie mi znaną, choć już trochę zapomnianą śpiewkę:
- Panie, jakie tu ryby były 30 lat temu. A dziś to, panie, tylko złodzieje i kłusownicy! Wszystko, panie, wyłapią!
- Ja wiem, ja wiem... a najgorsi są tacy, co łowią cały wózek, aż nie mogą go do domu dociągnąć… Szkoda, że nikt tych ryb nie wypuści. Skąd mają się brać?
Mina starszego pana była bezcenna – w chwilę potem zwinął sprzęt i chyba obrażony poszedł do domu. Zostawił mnie na filozoficznym rozdrożu: czy coś się już zmieniło, czy nadal jeszcze nic?
Łowienie zakończyłem po niecałych trzech godzinach. Można mi wierzyć lub nie, ale bez zanęcania – żeby nie powiedzieć „z marszu” - udało się złowić karpika 5,2 kg. Zdjęcie trochę nieudane (zrobione telefonem). Wiem, że dla rasowego karpiarza to mikrus, ale – mamy dowód - ryba nadal jest. Taka jak trzydzieści lat temu, a może i sześćdziesiąt.

Informacje, ciekawostki:
1. Opłaty roczne
Wędkowanie z brzegu – 220 PLN/rok
Wędkowanie z łodzi – 270 PLN/rok
2. Złowiono już 2 piranie parę lat temu (złowione na wiosnę, a więc zapewne musiały przeżyć zimę!)
3. Co roku złowiony zostaje przynajmniej jeden żółw czerwonolicy (ale nie ten sam).
4. Nad jeziorem jest całkiem niezła baza noclegowa. Idealne miejsce, jeśli ktoś chce przyjechać z żoną i dziećmi na parę dni. Można łowić, a dobry dojazd komunikacją miejską daje małżonce i dzieciakom możliwość zwiedzania Poznania wraz z jego rozrywkami.

Oceń artykuł
Średnia ocena artykułu
Skontaktuj się z autorem

USTAWIENIA

Regulamin i polityka prywatności FAQ Dziennik zmian
Wersja 1.0
Korzystanie z aplikacji oznacza akceptację regulaminu. Jeśli jeszcze się z nim nie zapoznałeś, przejdź do zakładki Regulamin i polityka prywatności.
Wydawnictwo AS PRO MEDIA zastrzega sobie prawo do odmowy publikacji reklam i nie odpowiada za ich treść. Żaden materiał z czasopisma nie może być użyty i reprodukowany bez zgody wydawcy. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i redagowania zamawianych artykułów.
Świat Karpia, Świat Suma
AS PRO MEDIA
Czytaj czasopismo za darmo!
POBIERZ