Zaloguj

Wydanie 04/2018

Austriacka lekcja precyzji
Austriacka lekcja precyzji
Szymon Stasierski

Czy znajomość struktury dna i dokładność położenia zestawu zawsze wpływa na sukces karpiowy? Czasami posyłam zestaw „w nieznane”, sugerując się wyłącznie oznakami żerowania karpi. Ostatnia austriacka przygoda dała mi niezłą szkołę badania dna i precyzyjności kładzenia zestawu, co w rezultacie przyniosło nadzwyczajne efekty.

W dobie szybkiego rozwoju technologii złowienie karpia staje się pozornie łatwiejsze niż kilka lat temu. Kolejne gadżety wypełniają nasze torby, zajmując coraz więcej miejsca. Dzięki podwodnym kamerom i najlepszym echosondom wiemy coraz więcej. Tylko pytanie, czy potrafimy tę wiedzę prawidłowo wykorzystać? Coraz częściej ufamy urządzeniom elektronicznym, a coraz mniej sobie samym. A to właśnie dzięki naszym zdolnościom poznawczym jesteśmy w stanie odebrać informacje z otoczenia. Oczywiście nie potępiam w tym momencie użytkowania echosondy lub innych urządzeń elektronicznych, jednak pływając ostatnio przez dłuższy czas i szukając miejscówek na jednej z wymagających austriackich żwirowni, zdałem sobie sprawę, że najbardziej polegać mogę na własnych zmysłach.

Dzięki uprzejmości naszego karpiowego przyjaciela, Irka Szpaka, mieszkającego w Austrii, udało nam się wspólnie z Grzesiem wybrać na topową żwirownię w tym kraju. Na pierwszy raz udało się zorganizować tylko trzydniową rezerwację, co na zasiadkę zagraniczną jest bardzo krótkim terminem. Odważyliśmy się wybrać do Austrii i poznać tamtejsze zwyczaje. Irek to maniak karpiowania i od początku bardzo szczegółowo informował nas o ukształtowaniu zbiornika, sposobie łowienia i zwyczajach panujących na łowisku. Sam przechytrzył już tam kilka pięknych karpi, więc w pełni zdaliśmy się na jego doświadczenie. Sama żwirownia ma zaledwie 8 ha powierzchni i 10 stanowisk. Irkowi w tym samym terminie wypadły zawody karpiowe, ale w zastępstwie wydelegował nam wspaniałego przewodnika. Grzegorz Kijak czekał na miejscu na nas w czwartek nad ranem.

Pierwsze wrażenie było zdumiewające. Z jednej strony odczuwałem duży potencjał zbiornika, z drugiej - miałem wrażenie, że jestem na łowisku feederowym.

Cały czas gdzieś w głowie miałem słowa Irka: „To bardzo trudny i wymagający zbiornik”. Upalny maj i męcząca trasa dała nam się we znaki. Szybko rozbiliśmy obozowisko i przystąpiliśmy do sondowania. Chcieliśmy jak najbardziej wykorzystać trzy dni łowienia, pewnie kosztem późniejszego zmęczenia. Po wypłynięciu na wodę Deeper zaczął rysować austriacki krajobraz. Raz głębiej, raz płyciej. Wyżyny i doliny, co chwilę zamieniały się miejscami. Jedne z głębszych stanowisk, na których siedzieliśmy, miały bardzo zróżnicowaną głębokość, wahającą się od 2 do 5,5 metra. W miarę szybko wytypowałem pierwsze miejscówki i zaznaczyłem bojkami H, by później dokładniej je spenetrować. Postawiłem na głębsze partie wody, tuż na końcu spadów, mając nadzieję, że większe karpie pobierają pokarm u podnóży górek. Niestety pierwsza noc minęła bez brania…

Kamieniste dno
Żwirownie posiadają ulubione dla karpiarzy dno składające się z piasku, żwiru i kamieni. Twarde dno zazwyczaj wzbudza w karpiarzach zachwyt i wywołuje zadowolenie. Sondując dno zbiornika za pomocą echosondy oraz ukochanego stukadełka, zadowolenia miałem po uszy. Zawsze przewiązuje załączone do H-bojki podkowiaste obciążniki, na tradycyjne ciężarki, by móc nimi obstukać dno. Opuszczając ołów na dno, zazwyczaj wyczuwałam mocniejsze drganie linki, a w uszach podświadomie rozchodził się odgłos: puk, puk, puk! Chwilami czułem, że ciężarek zsuwa się po kamieniach lub o nie trąca. Kamienie znajdowały się na wypłyceniach i górkach, a im głębiej, dno zamieniało się w żwir, piach, a na końcu gdzieniegdzie przechodziło w muł. Dno kamieniste nie należy do najciekawszych miejscówek. Po pierwsze nasza przynęta może wpaść pomiędzy kamienie, a po drugie ostre brzegi podwodnych skał mogą przetrzeć nam linkę główną. Między kamieniami zapewne ukrywają się podwodne mięczaki i skorupiaki, które są uwielbiane przez karpie. Pamiętać trzeba, że takie dno musimy przygotować perfekcyjny przypon, który w przejrzystej wodzie nie może być widoczny. Bardziej żyznym dnem jest dno muliste, w którym karpie zapewne znajdą więcej naturalnego pożywienia w postaci larw ochotki i mniejszych organizmów. Rzadko spotykane muliste dno na austriackiej żwirowni wydawało się dla mnie zbawienne i postanowiłem delikatnie położyć swój zestaw na mule. Zamiast dźwięku sygnalizatorów znów obudziły mnie promienie słońca.

Mój kompan Grzesiu bez namysłu ulokował swoje zestawy w miejscu najczęstszych spławów i już po kilku godzinach zasiadki mógł pochwalić się pierwszym austriackim karpiem ważącym 15 kg. W ten sam sposób udało mu się przechytrzyć jeszcze dwa podobne karpie, ale co do położenia zestawów zdał się głównie na echosondę. Każdy ma swoje sprawdzone sposoby. Ważne, że przynoszą rezultaty.

Sumy, sumy…
Przed ostatnią nocką ruszyły się „wąsiate”, których w austriackiej żwirowni jest bardzo dużo. Jedni twierdzą, że sumy w zbiornikach karpiowych są użyteczne, ponieważ wybijają drobnicę, która z kolei wyjada pokarm karpiowatym. Z drugiej strony sum rozmnaża się bardzo szybko i lada moment może stać się plagą w zbiorniku. Często miny karpiarzy wyciągających kolejnego suma nie są zbyt zadowolone, jednak w ostateczności uważam, że każda złowiona ryba powinna nas cieszyć. W nagrodę każdy z nas złapał suma, a Grzegorz przeżył na pontonie prawdziwą przeprawę z prawie dwudziestokilogramowym okazem. Widząc, że ma do czynienia z sumem, dokręcił hamulec i zaczął siłowy hol, by zdominować waleczną rybę. Po około 30 minutach wyczerpany Grzesiu wrócił z sumem na brzeg.

Kolejne godziny
Godziny mijały coraz szybciej, a ja myślałem jak podejść cwane karpie, które widziały już chyba wszystkie najlepsze numery. Może nie taka kulka? A może trochę płyciej? A może postawić na orzech tygrysi? Podczas, gdy ryby nie biorą, wątpliwości i pytań powstaje co nie miara. Dziwne, że kiedy trafiamy branie za braniem, wszystkie najdziwniejsze teorie odchodzą na inny plan. Nie dając za wygraną, wsiadłem na ponton i ruszyłem na wodę.

Całe szczęście, że większość karpiarzy zwinęła się w sobotę, zostawiając nam płytszą część zbiornika do obłowienia. Bez zastanowienia przesunęliśmy się z zestawami, zawłaszczając większość część zbiornika. Powoli płynąc pontonem, obstukiwałem metr po metrze kamieniste dno. Chwilami wyłączałem się zupełnie, jednocześnie wyobrażając sobie strukturę dna. Już nawet nie musiałem spoglądać na ekran echosondy, wystarczyło proste stukadełko. Zaufałem swoim zmysłom i natrafiłem na idealne miejsce. Od razu wiedziałem, że to będzie strzał w dziesiątkę. Delikatne zagłębienie z dość grubym mułem powoli przechodziło w piaszczyste wypłycenie. Piasek co 10 centymetrów stawał się coraz twardszy, aż w końcu natrafiłem na pierwsze mocniejsze stuknięcia w kamienie. Idealne przejście twardego dna w muliste podłoże. Wiedziałem, że to miejsce na mój zestaw. Powoli położyłem przygotowany wcześniej zestaw ze zbalansowanym bałwankiem, obsypałem dwiema garściami orzecha tygrysiego i kilkoma kulkami Tangy Squid. Zadowolony, że zestawy leżą idealnie rozpoczęliśmy ostatnią wieczerzę. Po chwili natomiast odezwała się moja centralka. Branie! Podbiegłem do wędki, swinger powoli opadał, nie zastanawiając się podniosłem wędkę i wsiadłem na ponton. Od początku czułem coś na kiju, jednak kiedy podpłynęliśmy bliżej, spod wody wyciągnąłem pusty zestaw…
Nie tracąc czasu przyszykowałem kolejną wywózkę, ale stop! Nie ma, co się rozdrabniać, pomyślałem. Przyjechałem tu po „konia”, dlatego założyłem na włos dwie kulki tonące. Albo będzie „koń”, albo nie będzie. Znów dokładnie obstukując miejsce, wycelowałem tym razem w twardsze dno. Miały podane na tacy, tylko czekać..

W połowie nocy obudził nas mój sygnalizator. To znów ta sama wędka. Szybko popłynęliśmy w stronę ryby. Przez tę chwilę ryba owinęła się kilka razy wokół przybrzeżnych grążeli. Długa strzałówka to zawsze bezpieczny wybór, po chwili udało się ją rozplątać i wypłynąć na otwartą wodę. Ryba szalała, popisując się kilkunastometrowymi odjazdami. Z ust Grzesia usłyszałem: „To sum, ciągnij mocniej, karpie tak nie chodzą!”. Ja natomiast przezorny holowałem w swoim tempie. Ryba nie dawała za wygraną, szarpał i wykonywała gwałtowne ruchy. Sam nie wiedziałem, co mam na kiju. Po chwili w błysku latarki mignął nam olbrzymi jasny brzuch. Całe szczęście, że nie ciągnąłem mocniej. To był karp! Tym bardziej podekscytowany holowałem ostrożnie. Karp wyłożył się dwa razy, a potem płynnie wszedł w podbierak. Mam go! Ze szczęścia rzuciłem się na Grzesia, dziękując mu za tę przygodę. Gdy wracaliśmy do brzegu, zaczęło wychodzić słońce. Piękny austriacki lustrzeń wiedział, kiedy wziąć. Waga wskazała 24,3 kg, choć obstawiałem lepszy wynik. Po krótkiej sesji wskoczyłem razem z rybą do wody, by nacieszyć się tą niepowtarzalną chwilą. Niby trzy dni, a ile nauki, a ile szczęścia…

Oceń artykuł
Średnia ocena artykułu
Skontaktuj się z autorem

USTAWIENIA

Regulamin i polityka prywatności FAQ Dziennik zmian
Wersja 1.0
Korzystanie z aplikacji oznacza akceptację regulaminu. Jeśli jeszcze się z nim nie zapoznałeś, przejdź do zakładki Regulamin i polityka prywatności.
Wydawnictwo AS PRO MEDIA zastrzega sobie prawo do odmowy publikacji reklam i nie odpowiada za ich treść. Żaden materiał z czasopisma nie może być użyty i reprodukowany bez zgody wydawcy. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i redagowania zamawianych artykułów.
Świat Karpia, Świat Suma
AS PRO MEDIA
Czytaj czasopismo za darmo!
POBIERZ