Zaloguj

Wydanie 05/2018

Komary
Komary
Bartosz Czechowski

Przedzierał się przez krzaki, jego trampki co jakiś czas nabierały wody, innym znów razem za kostki łapały go ostre krzewy jeżyn. Co chwila musiał przechodzić pod lub nad pniami leżących wszędzie spróchniałych drzew, krajobraz wyglądał jak z horroru i czasem nawet dostawał gęsiej skórki patrząc na to wszystko.

Zawsze było podobnie, przedarcie się nad brzeg tego zapomnianego, leśnego stawku było nie lada wyzwaniem. Kumpel podrzucał go na skraj lasu, przybijał piątkę, po czym zawsze pytał, czy na pewno ma wrócić po niego dopiero za cztery dni, a usłyszawszy odpowiedź, znacząco pukał się w czoło i odjeżdżał. Kamil, sapiąc i dysząc, parł do przodu w tylko sobie znanym kierunku. Cała eskapada z karpiowym majdanem zajmowała średnio około godziny. W linii prostej wcale nie było to tak daleko, jednak liczne wzniesienia, podmokłe torfowiska i zielona dżungla spowalniały jego marsz.
W tym sezonie była to już jego druga zasiadka nad tym zapomnianym przez Boga i ludzi akwenem. Pierwsza odbyła się kilka tygodni temu w najcieplejszym, jak się okazało, tygodniu minionego lata. Przegrał walkę nie z karpiami, krzewami czy słońcem, ale z „robalami”. Krwiożerczymi bestiami latającymi dniem i nocą nad jego namiotem, czyhając, by tylko wychylił nos na zewnątrz. To właśnie te maleńkie, kruche, latające skrzydełka z igłami, zwane komarami, zepsuły mu całą zasiadkę. Po części to oczywiście jego wina. Torebka z całą chemią tego świata, która jakoś dawała radę tym stworom, została na szafce w piwnicy, ale o tym przekonał się boleśnie dopiero, kiedy przebył już nad staw i na chwilę przysiadł na zwalonym pniu, by wypić łyk wody. Wywrócił wtedy do góry nogami cały karpiowy dobytek, chcąc znaleźć chociaż jeden zapodziany krem na ukąszenia, ale na próżno. Oczywiście stwierdził, że jak na mężczyznę przystało poradzi sobie i odbędzie zasiadkę zgodnie z planem. Cóż to była za udręka. Nie mając moskitiery, spał w zamkniętym na cztery spusty namiocie, a właściwie saunie. Nocami modlił się, by nie mieć brania i nie musieć opuszczać namiotu. Cóż za paradoks, być na zasiadce i nie chcieć mieć odjazdu… Zresztą nie liczył na wiele, bo nawet porządnie nie mógł położyć zestawu przez te komarzyska. W końcu poddał się, nie bez walki, ale jednak. Na piechotę dotarł do drogi, gdzie udało mu się połączyć ze znajomym, który odebrał go po czterech godzinach oczekiwania, bo tyle zajmowała droga samochodem z jego miejscowości. W gęstym lesie telefon zdawał się na nic, więc te całe zasiadki to było prawdziwe odcięcie od świata. Po tej „akcji” kolega zaczął przezywać go Moskit, a cała brygada w pracy docinała mu co jakiś czas. Po kilkunastu dniach wyzwiska były już mniej natarczywe, podobnie jak komary, gdy nadchodzi zima.

Teraz był przygotowany i torbę z antykomarową chemią, którą uzupełnił jeszcze o najnowsze „smary” z USA, spakował jako pierwszą do karpiowego plecaka. Idąc w stronę stawu, zawczasu wysmarował się tym wszystkim i już czuł się jak zwycięzca, choć śmierdział jak stara skarpeta.

Dotarł na miejsce i choć był zmęczony, poobdzierany i spocony widok leśnej wody zrekompensował mu trudy z nawiązką. Była to głęboka grobla. Sam był w szoku, kiedy okazało się, że miejscami jest tu nawet dziesięć metrów krystalicznie czystej wody. Dno zmieniało się jak w kalejdoskopie, liczne dołki i górki przywodziły na myśl zatopioną kopalnię torfu. Jego domysły potwierdził stary leśnik. Pan na emeryturze o trzęsących się dłoniach, ale mocnym głosie, opowiedział Kamilowi dawną historię wody. Faktycznie była to torfowa kopalnia i jak twierdził leśnik, jeszcze w tamtych czasach, kiedy poszczególne obszary zapełniały się wodą, niektórzy pracownicy wpuszczali do niej różne rybki, łowione w innych miejscach. Raz nawet pozbyto się tam karpi, które zostały w starym PGR po przedświątecznej sprzedaży. Jednak nie to było najdziwniejsze, a to, w jaki sposób stawy zostały zapomniane. Mianowicie, tak przynajmniej twierdził stary leśnik, któregoś upalnego lipcowego dnia tereny kopalni nawiedziło straszne tornado. Wiatr łamał drzewa jak zapałki, wywracając kopalniany sprzęt. W jednej chwili cała kopalnia została kompletnie zrujnowana, drogi do niej zatarasowały powalone drzewa, jednym słowem krajobraz jak z innej planety. Władze kopalni podjęły decyzję o zamknięciu tego obszaru. Kilka lat później zaczęły krążyć plotki, że teren jest nawiedzany i nikt już nie zapuszczał się w ten rejon. Natura przez lata sam radziła sobie ze szkodami, zamykając przed światem piękny staw w swej gęstwinie.

„Niesamowite” – zawsze powtarzał sobie w duchu Kamil, kiedy patrzył na lustro wody. Był prawdopodobnie jedynym bywalcem tego pięknego akwenu. Nigdy nie natknął się na ślady ludzi w tym rejonie. Jedynie zwierzęta licznie ściągały tu do wodopoju, co było jedną z głównych atrakcji tutejszych zasiadek. Jeśli chodzi o to, co nas wszystkich interesuje, czyli karpie, złowił tu dopiero kilka sztuk do dwunastu kilogramów. Cały czas uczył się wody.

Rozłożył sprzęt, wszystko było gotowe w przeciągu dwóch godzin, zestawy położone w najciekawszych jego zdaniem miejscach, pozostawało już tylko czekać na miśki i napawać się dziką naturą przez dobre cztery dni. Uśmiech nie schodził mu z twarzy również dlatego, że komary trzymały się od niego w pewnej odległości, jakby otaczała go niewidzialna kopuła. Tak działa zapach „starej skarpety” pomyślał i zaśmiał się cicho. Zrobił sobie fasolkę po bretońsku z puszki, którą zapijał przestygłą gorzką kawą. Branie było tak gwałtowne, że wylał kawę na spodnie i o mało nie zadławił się fasolą, przedzierając się do kijów wąskim tunelem wyciętym pośród nadbrzeżnej dżungli. Jedna z jego wędek uporczywie chciała się złamać, gnąc się na podpórkach w stronę zwalonych drzew. Hamulec miał ustawiony prawie na beton, dlatego kij pięknie wygiął się w łuk. Powoli podniósł patyk, nie było potrzeby zacinania, nawiązał kontakt z rybą i spokojnie zaczął hol. Rybsko było uparte jak osioł, cały czas starało się wcisnąć pod zatopione drzewo. Przeciąganie liny trwało dobre trzydzieści minut, dokręcił hamulec, który i tak „zabetonowany”, dlatego przeskoczył tylko o dwa ząbki. Napięta plecionka grała na wieczornym wietrze niczym skrzypek na dachu. Karp właściwie już tylko kładł się przy powierzchni, co jakiś czas waląc ogonem o taflę, jakby przeganiał krwiożercze komary. Podholował go dziesięć metrów do swojego stanowiska. Wprawny ruch podbieraka i bestia wylądowała na macie. Piękny pełnołuski golec patrzył na niego podejrzliwie i chyba coś do niego gadał, bo wargi rozchylały się raz za razem, ale żadne słowa nie padły… Waga wskazała 19,900 kg, prawie dwie dyszki, „nowy rekord zatopionej kopalni”, pomyślał w duchu. Kilka fotek już o szarówce rozświetliło złote łuski „płetwiastego górnika”, jak zwykł mawiać o tutejszych karpiach. Kiedy go wypuszczał, nagle usłyszał proste „bulgoczące dziękuję”. Źrenice rozszerzyły mu się, a gęba sama otworzyła i już sam nie wiedział, czy się przesłyszał, czy naprawdę zatopiona kopalnia jest nawiedzana. Zastanawiał się, czy to ta legenda jest prawdziwa, czy te wszystkie chemiczne smarowidła na komary wdychane godzinami zrobiły mu psikusa….

„Wszystko przez te przeklęte komary”- wysapał, opalając kolejną „antykomarową” spiralę przed nastaniem nocy…

Oceń artykuł
Średnia ocena artykułu
Skontaktuj się z autorem

USTAWIENIA

Regulamin i polityka prywatności FAQ Dziennik zmian
Wersja 1.0
Korzystanie z aplikacji oznacza akceptację regulaminu. Jeśli jeszcze się z nim nie zapoznałeś, przejdź do zakładki Regulamin i polityka prywatności.
Wydawnictwo AS PRO MEDIA zastrzega sobie prawo do odmowy publikacji reklam i nie odpowiada za ich treść. Żaden materiał z czasopisma nie może być użyty i reprodukowany bez zgody wydawcy. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i redagowania zamawianych artykułów.
Świat Karpia, Świat Suma
AS PRO MEDIA
Czytaj czasopismo za darmo!
POBIERZ