Zaloguj

Wydanie 05/2018

Pociągiem na karpie 2 - cz. 1
Pociągiem na karpie 2 - cz. 1
Tomasz Mulka, fot. Bartek Wnuk

Witajcie, po dłuższej przerwie powracam do opowieści, która mam nadzieję przeniesie was w świat moich prywatnych przeżyć. Minęło dokładnie dwa lata od ostatniej publikacji na łamach Świata Karpia tekstu z podróży pociągiem na karpie. Od tamtego czasu zmieniło się wiele i szczerze mówiąc nie spodziewałem się tak miłego, czasami wręcz zaskakująco pozytywnego odbioru z waszej strony.

Pomyślałem sobie, iż ten projekt potrzebuje kontynuacji, ponieważ spodobał się wielu ludziom. Piszę o tym dość odważnie, lecz wielość wysłanych wiadomości, pytań i oczekiwań spowodowały we mnie konieczność powrotu na polskie tory kolejowe. Musicie mi uwierzyć na słowo, że chęci miałem znikome, choćby dlatego, iż nie czułem się zupełnie przygotowany fizycznie do tej podróży, ale musiałem.

fot. Bartek Wnuk

Początek jak każdy inny: planowanie wód, odjazdów pociągów, szykowanie sprzętu karpiowego. Wybór wód nie był zupełnie prosty. Postawiłem sobie za cel, iż odwiedzę te, które są nieprzewidywalne, ciekawe i najbardziej zbliżone do wód publicznych… choćby z krajobrazu. Zapraszam was na przejażdżkę po łowisku Starorzeka w województwie śląskim, Eko-Farmie w Żelechowie, Tuszynku na Pomorzu i parkowej poznańskiej perełce znanej jako stawy Dębiny. Początkowo sama myśl o spaniu na ziemi nie wzbudzała we mnie jakichś negatywnych odczuć, lecz moment podniesienia plecaka, który swą wagą dobił do 46 kilogramów, postawił mnie do pionu.

fot. Bartek Wnuk

Stwierdziłem, że mam przerąbane. Jak większość z was już wie, w 2017 roku objąłem dość poważną funkcję w swojej pracy, a mianowicie zostałem managerem marki Trakker, Cygnet Tackle i Aqua Products na Polskę. Naturalne zatem było, że projekt będzie wykorzystywał wspomniane marki, dzięki wsparciu których mogłem sobie pozwolić na jego realizację. Tym razem wszedłem na wyższy poziom, który mnie osobiście satysfakcjonował. Chciałem mieć swojego operatora, bez którego nie byłbym w stanie pokazać wam tak wielu sytuacji, które umknęły mi za pierwszym razem. Udało się! Znalazł się śmiałek ze świeżym podejściem do realizacji projektów, ale przede wszystkim człowiek, który zgodził się odbyć tę podróż razem ze mną.

Pierwszy pociąg i chyba najdłuższa droga do przebycia z wieloma przesiadkami. Wyruszyliśmy na Śląsk. Późną nocą dotarliśmy do Katowic, gdzie czekał na nas ostatni już regionalny pociąg do Olzy, miejscowości, przy której znajduje się przepiękna woda Starorzeka. Ale aby nie było tak słodko i kolorowo, to oprócz spędzenia przeszło 8 godzin w pozycji na tak zwanego „kucaka”, to większość podróży spędziliśmy na korytarzu bądź schodach przy wyjściu z wagonu. Ale wracając do Katowic, plan był zacny, bo zbliżał się poranek, a my mieliśmy ochotę sfilmować „Spodek” o wschodzie słońca. Jednak zostaliśmy na dworcu. Pewnie myślicie sobie, że leniwi, że wymęczeni i z braku chęci nie przeszli około kilometra po tak piękne ujęcia. Otóż niezupełnie, kto by pomyślał, że o 4 rano w sobotę spotkamy panów załatwiających porachunki w holu PKP. Stwierdziliśmy, że Mc Donald’s to będzie chyba najdalszy punkt naszej wycieczki. Tak, stchórzyłem, a z drugiej strony, kto by chciał wchodzić między wódkę a zakąskę, niech się chłopaki bawią w berka dalej. Szybkie naładowanie baterii burgerem z frytkami i powrót tam, gdzie nasze miejsce. Odbiegając od tematu, myślę o tej podróży i staram się streścić ten tekst do minimum, lecz jeśli wyjdzie zbyt długi i monotonny, wybaczcie, bo sądzę, że warto. Docieramy do Olzy, skąd Robert Muszak odbiera nas z peronu i podążamy nad wodę, a tam jeszcze większa niespodzianka.

fot. Bartek Wnuk

Chyba po raz pierwszy w życiu, a raczej z pewnością po raz pierwszy, zostałem przywitany chlebem i solą nad wodą. Bartosz Celny, właściciel wody, zaskoczył mnie tak mocno, iż zamiast ładnej wypowiedzi do kamery, wybełkotałem coś, czego do końca sam teraz nie rozumiem. Byłem wyczerpany, lecz w momencie, gdy ujrzałem wodę, siły jakby wróciły. Co prawda niewiele miałem do przygotowania i niewiele było tego sprzętu, to jednak zajęło nam to dłuższą chwilę. Wytypowanie miejscówek nie było zbyt trudne, trzcinowiska, zatoczki, grążele to typowe miejsca przebywania bądź żerowania karpi. Wędki po niespełna godzinie wylądowały w wodzie i przyszedł czas oczekiwania. Pogoda, choć upalna, to urozmaiciła nam pobyt lekkim deszczem i kilkoma piorunami. I jak to zawsze bywa, pogoda ta przyczyniła się do zwiększenia natlenienia wody, a dzięki temu pobudziła ryby do żerowania.

Jest pierwszy karp i to na mojej wędce. To był mój cel, gdyż na pierwszej wyprawie złowiłem tylko dwa amury. Do dziś pamiętam ten cudowny zapach worka do ważenia i podbieraka, który zabrałem ze sobą, jadąc pendolino do Warszawy. Niespełna kilkunastokilogramowy, zdecydowanie poniżej szalonej piętnastki karp w strugach deszczu sprawił mi ogromną radość! Kolej na Roberta. Długo nie musiał czekać na kolejne branie. Nocny piękny mieszkaniec starorzecznej wody zagościł w jego podbieraku.

Budzimy się następnego dnia, rozsiadamy się nad brzegiem łowiska, popijamy gorącą kawę. Pomyśleliśmy, że udało się nam złowić po jednym karpiu tak z marszu, lecz tego, co wydarzyło się za kilka godzin nikt z nas nie mógł sobie wyobrazić. Podczas wypływania i stawiania zestawu, zachowując ciszę i spokój, wracamy do brzegu. I stał się cud - w tym momencie kołowrotek Roberta z sygnalizatorem zaczął wydawać te najpiękniejsze dźwięki. Robert, długo nie zastanawiając się, wyskoczył z pontonu, złapał za kij, przytrzymał karpia, by nie wpłynął w żadną zawadę i ponownie - już dzięki mojej pomocy - mógł wejść do pontonu. Nadmienię, iż dron utrzymywał się w powietrzu, nagrywając całą tę sytuację. Mówię wam: dosłownie poezja i spełnienie marzeń. To był dość wyczerpujący hol, bo silna ryba woziła nas we dwóch po zbiorniku, a podebranie jej nie było takie łatwe, ale się udało. Szybkie spojrzenie w podbierak i już wiedzieliśmy, że jest duży, przepiękny, silny, zdrowy, bez żadnych skaz, lecz to nie jest wyjątek na tej wodzie. Dni były upalne, temperatura wody wysoka, więc niewskazane było trzymać ją zbyt długo. Dosłownie kilka zdjęć, kilkusekundowa nagrywka i z powrotem do wody. Wieczór i noc przebiegły spokojnie, bez dodatkowych ryb. Mogliśmy się wyspać, ale o 4 rano trzeba było się pakować i ruszać dalej w drogę, tym razem przez Warszawę. Bez zbędnych przesiadek do stolicy, zasiedliśmy w naszym wagonie, czekając na konduktora. Pierwsze, o czym pomyślałem, to WARS, gdzie można zjeść ciepły posiłek, napić się kawy. Wreszcie dotarł konduktor.

fot. Bartek Wnuk

Nie wiem, czy to przez sprzęt, kamery, wędki, ale mogę stwierdzić, że wszyscy konduktorzy, których spotkaliśmy na swojej drodzy, to naprawdę fantastyczni ludzie! Ten okazał się jednak szczególny. Nie wiem, czy mogę o tym pisać, aby mu nie zaszkodzić, ale co tam, oby nie. Wyobraźcie sobie, że wpada konduktor i informuje nas, że ostatni wagon nie posiada rezerwacji, a wszystkie bilety w tym pociągu takie posiadają i proponuje, abyśmy w spokoju przebyli tę podróż w pustym przedziale. Długo się nie zastanawialiśmy, szybko zabraliśmy swoje rzeczy. Czuliśmy się jak VIP-y, bo nawet śniadanie obsługa dostarczyła nam do przedziału. Dosłownie bajka! Po kilkugodzinnej podróży zameldowaliśmy się w Warszawie, przedarliśmy się przez tłum ludzi podróżujących tylko w ich znanym kierunku, w końcu po przejściu 600 metrów dotarliśmy do miejsca, skąd odjeżdża bus w kierunku następnego łowiska. Po 4 godzinach odebrał nas z przystanku Wojciech Janoszek, z którym przejechaliśmy jeszcze z 15 minut samochodem. Był to drugi przystanek naszej wyprawy - Eko Farma Żelechów. Po pierwsze: chcieliśmy dobrze zjeść, a restauracja, która mieści się nad samą wodą, serwuje wyśmienite dania. Wyczerpani i niewyspani, lecz najedzeni, podążyliśmy w kierunku cypla numer 3. Szybkie rozłożenie tobołków, wędzisk, wodowanie pontonu i wyruszyliśmy w poszukiwaniu odpowiednich miejscówek. Już po kilkunastu metrach na wodzie zdałem sobie sprawę, iż prawdą jest to, co opowiadał mi Wojtek o zróżnicowaniu dna tego łowiska. Eko Farma Żelechów to nic innego jak górki, dołki i tak w kółko, nigdy nie wyobrażałem sobie żwirowni w taki sposób. Po półgodzinnym sondowaniu dna łowiska, wiedziałem, że gorszej jakości echosonda bądź oldschoolowa technika na stukadełko byłaby tu zbędna bądź co najmniej bezskuteczna.

fot. Bartek Wnuk

Skorzystaliśmy z wiedzy Wojtka i znalezienie odpowiednich miejsc nie zajęło nam zbyt wiele czasu. Jedyną słuszną taktyką na karpie było grube nęcenie kulkami. Wcale mi to nie przeszkadzało, gdyż na Starorzece nie zużyłem zbyt wielu, a przy tym wszystkim 2-3 kilo mniej w plecaku było zbawienne. Zestawy w wodzie i przyszedł czas na oczekiwanie. Oczywiście nie mogliśmy nastawiać się na zbyt częste brania, choć spławów było dosyć sporo. Woda jest bardzo chimeryczna, a o dużą rybę ponoć dość ciężko. Jednakże szczęście mnie nie opuszczało i już przed północą lub zaraz po niej, nie pamiętam dokładnie, jeden z moich sygnalizatorów wydał z siebie mój ulubiony dźwięk. Wędka w górę, rozpoczęcie holu, Wojtek sugeruje, abyśmy wskoczyli na łódkę, lecz ja nie czułem zupełnie żadnego mocniejszego oporu. Leszcz… pomyślałem sobie i kontynuowałem hol. Warto nadmienić, iż łowisko to posiada bardzo dużo raciecznicy, stąd też obawy Wojtka, że możemy stracić rybę nie były nieuzasadnione. Kilka minut zwijania zestawu i walka rozpoczęła się na dobre. Odjazd w lewo, później w prawo i tak kilka razy, aż wylądowała w podbieraku. Piękny karp kilkunastokilogramowy, co jest nie lada szczęściem nad tą wodą. Szybka sesja fotograficzna, kilka uchwyconych momentów przed kamerą operatora i mogliśmy wypuścić zdobycz z powrotem do wody, a naszego operatora odesłać do hotelowego pokoju. Przyznam szczerze, że jestem pod wielkim wrażeniem tego, co nasz operator przeżył i przeżywał każdego dnia z nami nad wodą. Po prostu zasługiwał na gorącą kąpiel i wygodne łóżko. Szkoda tylko, że ja dalej spałem na tak zwanej „glebie”.

fot. Bartek Wnuk

fot. Bartek Wnuk

Tej nocy to jednak nie koniec historii. Rano dźwięk sygnalizatora zawył ponownie, tym razem u Wojtka. Był tak donośny i przeraźliwy, że postawił na nogi i mnie. Wędka w górę i podobna sytuacja, co u mnie kilka godzin wcześniej. Tym razem to był przepiękny lampas, którego Wojtek gościł już w swoim podbieraku w zeszłym roku. Oficjalny, czy też nie, ale jednak jedyny uwieczniony tak duży karp z Eko Farmy. Waga wskazywała punkt 20,700 kg, dokładnie taką samą wagę, jaką miał we wrześniu rok wcześniej.

fot. Bartek Wnuk

fot. Bartek Wnuk

Ciężko mi jest opisać emocje Wojtka, ale widać było prawdziwą radość. Wojtek dołowił jeszcze jednego pięknego, lecz nie tak okazałego lampasa, który z niewyjaśnionych przyczyn zawinął się z worka i popłynął w swoją stronę, a był taki ładny. Przyszedł czas na drugą noc. W międzyczasie obejrzeliśmy mecz polskiej reprezentacji, zjedliśmy obfity obiad w restauracji. Noc napawała nas nadzieją, choć tak naprawdę byliśmy spełnieni, a ja pomału rozmyślałem o kolejnym pociągu, który miał dowieźć nas nad samo polskie morze. Robi się już dość późno i myślę, że drugą część tej historii opowiem wam w kolejnym wydaniu Świata Karpia, a więc teraz dziękuję wam za to, że dotrwaliście do tego momentu i jednocześnie zapraszam po więcej już za trzy miesiące! Hej!

Oceń artykuł
Średnia ocena artykułu
Komentarze
Jacek Opłatkowski
2018-11-09 01:56:25
Miłego czytania super artykuł
Skontaktuj się z autorem

USTAWIENIA

Regulamin i polityka prywatności FAQ Dziennik zmian
Wersja 1.0
Korzystanie z aplikacji oznacza akceptację regulaminu. Jeśli jeszcze się z nim nie zapoznałeś, przejdź do zakładki Regulamin i polityka prywatności.
Wydawnictwo AS PRO MEDIA zastrzega sobie prawo do odmowy publikacji reklam i nie odpowiada za ich treść. Żaden materiał z czasopisma nie może być użyty i reprodukowany bez zgody wydawcy. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i redagowania zamawianych artykułów.
Świat Karpia, Świat Suma
AS PRO MEDIA
Czytaj czasopismo za darmo!
POBIERZ