Zaloguj

Wydanie 06/2018

Pociągiem na karpie 2 - cz. 2
Pociągiem na karpie 2 - cz. 2
Tomasz Mulka, fot. Bartek Wnuk

Za oknem dzień coraz krótszy i zdecydowanie zimniejszy. Proszę państwa, idzie zima, a ja z kubkiem gorącej kawy wieczorną porą zasiadłem do opisania drugiej części „Pociągiem na karpie”. Szczerze mówiąc - oglądając ponownie materiał - zastanawiam się, czy nie przypomnieć sobie w szczegółach tej wyprawy, aby relacja, którą chcę dla was tutaj napisać, była zwięzła i zgodna z prawdą.

Po przeszło czterech dniach i pięknych wspomnieniach przychodzi czas na kolejny pociąg, kolejne przesiadki i piękne zbiorniki. I tak z samego rana pakujemy się, by kompas tej wyprawy wskazywał północ naszego pięknego kraju. Plan wykonany w pięćdziesięciu procentach, a co najważniejsze z każdej odwiedzonej przeze mnie wody mieliśmy upragnionego karpia. Co prawda pisałem o tym w pierwszej części tej opowieści, ale wiecie co, nie sposób wam nie przypomnieć, że Wojtek złowił prawdopodobnie największą rybę żyjącą na Eko Farmie Żelechów. Choć tego nigdy nie wiadomo, to z pewnością możemy stwierdzić, że był to jedyny udokumentowany karp. Ruszamy… najpierw na pociąg osobowy, by po niespełna godzinnej przejażdżce przesiąść się na bezpośredni do Gdańska! Kilka dodatkowych godzin snu w przedziale i smaczne śniadanie ładują nas emocjami, dzięki którym znajdziemy siły na krótką, aczkolwiek bogatą w wydarzenia, wycieczkę po wybrzeżu. Z dworca odbiera nas Sebastian, który, takie odniosłem wrażenie, jest bardziej naładowany pozytywną energią ode mnie. Ale nie ma się co dziwić, w końcu to ja mam za sobą grubo ponad tysiąc kilometrów w pociągu, cztery nocki przespane na ziemi w asyście różnorakich gryzoni, mrówek i pająków.

W Gdańsku bardzo chciałem odwiedzić kilka ciekawych miejsc, a przede wszystkim dotknąć polskiego morza i zabrać kilka muszelek ze sobą. Tam spotkaliśmy turystów bodajże z Finlandii. Byli to bardzo mili ludzie, z którymi zamieniliśmy kilka słów. Tak naprawdę to oni byli bardziej zainteresowani,

co robimy z wędką i operatorem kamery nieopodal plaży. Szybka pogawędka i następnie wymyśliłem sobie, iż posąg „Neptuna” to kolejna rzecz, którą chcę zobaczyć, zanim wyruszymy nad łowisko „Tuszynek”. Co prawda jest to wyprawa wędkarska i powinienem być skupiony na wodach, które odwiedzam, lecz uwierzcie mi, chciałem, aby w tym filmie i tej opowieści pokazać też piękno nie tylko wód, nad którymi przebywam, ale również miast i towarzyszących mi na każdym kroku ludzi. To było niesamowite. Mnogość turystów w okresie przedsezonowym była zaskakująca, a i zainteresowanie ludzi naszymi osobami nie udało się nie zauważyć. Szczerze to chętnie poświęciłbym ten dzień na pełen relaks, lecz Seba tylko pragnął zabrać mnie stamtąd i ruszyć po tuszynkowe karpie. Bez obiadu, z butelką wody, lecz z pełnym zapasem, który przygotował Sebastian, a raczej jego mama, której serdecznie dziękuję, udajemy się nad wodę. Tuszynek, woda położna w północnej części naszego kraju, opleciona pięknymi lasami rodzi klimat trudny do opisania zwykłymi, prostymi słowami. Piękną scenerię tworzą duże połacie brzegów porośniętych grążelami i tatarakami. Dno w znacznej części pokryte jest głębokim mułem, co powoduje, iż skala trudności tego miejsca jest wyższa niżeli na zwykłym komercyjnym zbiorniku. Przyszedł czas na rozpakowywanie i sondowanie miejscówek. Z Sebastianem podzieliliśmy się stronami, ja na lewej, a on na prawej. Było to moje drugie spotkanie z tym zbiornikiem, lecz to pierwsze można spokojnie uznać za niebyłe, gdyż był to okres, w którym nikt z nas nie liczył wtedy na branie. Moje wędziska powędrowały na daleki brzeg, w ścieżki wyryte pomiędzy liliami. Wydawały się być tak zwanymi bankówkami. Sebastian skupił się na przeszukaniu swej prawej strony. Z opowieści o przypadkach połowów brań spodziewaliśmy się za dnia. Okazało się jednak inaczej, bo sygnalizatory Sebastiana grały jak szalone. U mnie też się trafiło, lecz odległość, która mnie dzieliła od wędki do zestawu, dawała mnóstwo czasu, by karp postarał się o skuteczne zgubienie zestawu, i tak też było. Sebastian, czy to w dzień czy też w nocy, regularnie pozował do zdjęć z „mieszkańcami” Tuszynka. Ja nadal czekałem i główkowałem. Tak naprawdę zależało mi na tym jednym, pierwszym karpiu. Mijały godziny, czasu coraz mniej, a ja pomału traciłem nadzieję. Myśli moje skupione były na przedostatnim przystanku tej podróży. I jak to bywa, a powiada się „do trzech razy sztuka”, doczekałem się brania powolnego, niezdecydowanego i mało charakterystycznego dla karpia. Podniosłem wędkę i nie wiem, co mnie skusiło do tego, aby zacząć hol z ponad trzystu metrów do brzegu. Co prawda nie odczuwałem żadnego oporu i sądziłem, iż może być to leszcz. Co się okazało, w odległości możliwe niespełna trzydziestu metrów od brzegu zorientowałem się, że na końcu mojego zestawu znajduje się jakaś ryba. Kto by się spodziewał, że złowię możliwie najmniejszego karpia w swoim życiu na w pełni profesjonalny zestaw karpiowy. Ten brzdąc, bo inaczej go nie mogę nazwać, o wadze - nie sądzę, aby przekroczył) 1kg wywołał taki uśmiech i dał mi taką satysfakcję, iż plan przedwyjazdowych założeń wykonany został w 75%. „Mamy to” - powiedziałem do Sebastiana i w tamtym momencie myślami byłem już w pociągu. Nazajutrz szybkie poskładanie całego majdanu i w drogę ku ostatniej przygodzie. Poznań wita, ale zanim stolica Wielkopolski, to czy możecie sobie wyobrazić, że w trakcie oczekiwania na pociąg podbiegł do nas pan, którego imienia już nie pamiętam, z podziwem i chęcią potwierdzenia swoich domysłów, iż jesteśmy karpiarzami. Co prawda tylko ja nim jestem, bo jak do tej pory mój operator po raz pierwszy w życiu miał okazję spać nad brzegiem wody w asyście wędek. Okazało się, że był to pan, który również z synem od lat podróżuje i stara się przechytrzyć piękne okazy nad polskimi wodami. Z całego serca pozdrawiam go i życzę sukcesów, jeśli czyta ten artykuł.

Wracamy jednak do Poznania i ostatniej przesiadki, ostatnich dwóch dób, w centrum na stawach położonych na jednym z osiedli tego miasta. Mówię tutaj o Stawach Dębiny i przepięknym parkowym krajobrazie z dużą ilością spacerowiczów. Krajobraz nieco przypominający mi moje korzenie i małe angielskie zbiorniki, na których - nie ukrywam - czułem się dość komfortowo. Na początku tej wyprawy zapakowałem sobie do plecaka rzeczy, które w założeniu miały być nieodzownym wyposażeniem i ekwipunkiem do przechytrzenia karpia z powierzchni. Gdzie indziej, jak nie właśnie tutaj, mogłem to wykorzystać, to był mój cel numer jeden. Na Stawy Dębiny docieramy w piątkowe popołudnie, pozostawiamy samochód Adriana wypchany po same brzegi moim sprzętem i wyruszamy na spacer w poszukiwaniu kilku sztuk pływających pod powierzchnią. Dobre pół godziny spaceru, obserwacji zakątków, zwalonych drzew i są! Niewielkie, lecz w dużym stadzie przemieszczające się w tę i z powrotem na jednym z trzech stawów. Opisuję to jako jeden z trzech stawów, gdyż sam nie pamiętam ani jego numeracji, ani nazwy, by móc dokładnie sprecyzować, gdzie teraz dokładnie jestem. Długo się nie zastanawiałem, wróciłem do samochodu, zabrałem ze sobą odpowiedni zestaw, jedną wędkę i pływający pellet. Adrian natomiast skupił się na stacjonarnym, znanym tylko jemu miejscu, z którego kilka godzin później udało się wyłuskać pierwszego parkowego karpika. Ja bez efektów. Karpie pobierały moją przynętę, ale nic się nie działo. Robiło się późno, a przecież trzeba jeszcze rozpakować i przygotować sobie miejsce do spania i nocnego polowania na karpie. Wróciłem do Adriana, z którym wspólnie rozbiliśmy swoje namioty i przygotowaliśmy zestawy na nocne połowy. Sam nie poddawałem się jednak i w myślach miałem, iż powrócę w to miejsce ponownie. Z tego co, pamiętam, noc przebiegła dla mnie spokojnie.

Czy się wyspałem? Chyba ciężko wyspać się w takich warunkach, aczkolwiek z pewnością można się przyzwyczaić bądź stać się zupełnie obojętnym na niewygody. Nadszedł drugi dzień, piękny poranek, wschód słońca, cudowny ptaków śpiew, tylko pociągi przejeżdżające w pobliżu przypominały mi o tym, jak ja się tutaj dostałem, a uwierzcie mi, że tego dźwięku miałem już dosyć. Po szybkim śniadaniu zwinąłem swoje zestawy i zabrałem ze sobą kamerę, po kilka kilogramów chrupek, troszkę mniej pelletu i poszedłem znaleźć swoje karpiki. Byłem przekonany, że odnalezienie ich nie będzie stanowić problemu. Dotarłem do tego samego miejsca i zastałem zbiornik pokryty rzęsą, bez żadnej możliwości obserwacji toni wody. Totalna załamka. Pozostało mi tylko próba podania pokarmu w ciemno i oczekiwanie na reakcję karpi, które mogą znajdować się pod powierzchnią zielonej połaci. Nie myliłem się… Wystarczyło kilkanaście sekund, aby pokazały się pierwsze sztuki. Kontynuowałem nęcenie przez następną godzinę, zanim zdecydowałem się umieścić wśród nich zestaw. Nadeszła ta chwila… Po raz pierwszy tego dnia zarzuciłem wędzisko wraz z kilkunastoma chrupkami w obszar ich żerowiska. Nic mi innego nie pozostało, jak obserwacja. Po kilkunastu minutach i braku zainteresowania przyszedł czas na zmianę kolorystyki i samej przynęty. Do wody poleciała czarna pianka z żółtym akcentem mocującym. Na branie nie czekałem nawet chwili, hol był nieco siłowy, gdyż ze względu na dużą ilość konarów i zatopionych drzew używałem haków bezzadziorowych. Hol był bliski powodzenia, lecz nastąpiła spinka pod samym brzegiem, przed samym podbierakiem. Cóż, pomyślałem, zdarza się, a ryzyko to jest wpisane w nasze hobby. Nie poddawałem się i okazji do holu miałem jeszcze dwie, z tym samym, może niezupełnie identycznym, lecz podobnym skutkiem. Zapadał zmrok. W tym momencie uznałem wyższość karpi, oceniłem swoje niepowodzenia na trzy do zera dla podwodnych władców terytorium i wróciłem do Adriana. Adrian podczas mojej nieobecności również nie próżnował i wyholował kilka pięknych sztuk. Jak nie z powierzchni, to może z dna, nie myliłem się. Wcześniej przeze mnie podnęconym miejscom podesłałem zestawy wypełnione skruszonymi kulkami z małymi przynętami w workach PVA. Jeszcze tego samego wieczora, podczas nagrywania przedostatniego „wejścia” do całego filmu, na moim kiju zameldował się pierwszy karp z tego urokliwego miejsca. Nie był to żaden kolos, po prostu piękny w swoich rozmiarach parkowy karpik. Niczego innego bym nawet się nie spodziewał, ani na nic innego nie liczył.

Ta noc, ostatnia noc, dosłownie obrodziła w tak wiele brań, że z marzeń o śnie chciałem wyciągnąć kije z wody. Brania następowały naprzemiennie, raz u Adriana, a raz u mnie. Zasiadkę tę zakończyliśmy w pięknym stylu, łowiąc swoje ostatnie dwa karpie jednocześnie, co możecie zobaczyć na jednym ze zdjęć. I w tym miejscu pragnę powiedzieć wam, że ani razu nie czułem się tak szczęśliwy jak w tym momencie, kiedy wiedziałem, że mój ostatni pociąg to pociąg w najważniejszym dla mnie kierunku życiowym. Ten kierunek wyznaczyłem sobie sam, a jest nim mój wspaniały rodzinny dom, gdzie czeka na mnie moja kochana żona z synkiem, za którymi tęskniłem o wiele bardziej aniżeli teraz tęsknię za wodnymi podróżami. To oni są wyznacznikiem szczęścia i pamiętajcie o tym, że szczęśliwym człowiek jest dopiero wtedy, kiedy tym szczęściem może podzielić się z osobami sobie najbliższymi.

Dziękuję wam, czytelnikom i wszystkim tym, którzy przyczynili się do powstania i pomogli w realizacji projektu, a przede wszystkim rodzinie za to, że zawsze czeka na mój powrót do domu! Do zobaczenia… w podróży „Pociągiem na karpie 3”!

Skontaktuj się z autorem

USTAWIENIA

Regulamin i polityka prywatności FAQ Dziennik zmian
Wersja 1.0
Korzystanie z aplikacji oznacza akceptację regulaminu. Jeśli jeszcze się z nim nie zapoznałeś, przejdź do zakładki Regulamin i polityka prywatności.
Wydawnictwo AS PRO MEDIA zastrzega sobie prawo do odmowy publikacji reklam i nie odpowiada za ich treść. Żaden materiał z czasopisma nie może być użyty i reprodukowany bez zgody wydawcy. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i redagowania zamawianych artykułów.
Świat Karpia, Świat Suma
AS PRO MEDIA
Czytaj czasopismo za darmo!
POBIERZ