Zaloguj

Wydanie 1/2019

Jezioro niespełnionych marzeń
Jezioro niespełnionych marzeń
Tomasz Mulka

Początkowo plany wyjazdu nad tę legendarną wodę miały się ziścić na przełomie 2018 i 2019 roku, jednakże podczas jednego ze spotkań w Wielkiej Brytanii, gdy dzieliliśmy hotelowy pokój z moim przyjacielem z Włoch, doszliśmy do wniosku, że może warto spróbować swoich sił jeszcze na koniec tego sezonu. Czy było warto, dowiecie się na samym końcu tego artykułu. 

Podejrzewam, że większość z was słyszała o tym miejscu, a co druga osoba zapewne oglądała niejeden film nakręcony właśnie o nim. I tym razem nie było inaczej, ponieważ sam postanowiłem zabrać ze sobą operatora, który uwiecznił tę podróż w kadrach, którymi podzielę się z wami bliżej wiosny.

Zestawy w wodzie, teraz pozostaje tylko czekać.

Kiedyś, gdy byłem małolatem, usłyszałem, że w życiu są trzy prawdy: prawda, święta prawda i… Dopowiedzcie sobie sami. Zastanawiam się, którą z nich ogłosić. Pierwszą zasadniczą sprawą na Lac de Saint-Cassien jest brak możliwości wędkowania w porze nocnej, stąd mój, czy też nasz, wyjazd musiał być logistycznie dobrze przemyślany. Decyzja zapadła, że sprzęt i towar wysyłamy kurierem do miejsca docelowego, w którym przez tydzień nocowaliśmy, a my sami lecimy z Warszawy do Mediolanu samolotem, skąd mój przyjaciel nas odbierze. I tak też zrobiliśmy. Koniec października i początek listopada wydawały się dość obiecujące. W każdym razie na tyle, aby spędzić te dni w spokoju i jako takim komforcie pogodowym. Było jednak zupełnie odwrotnie. Wylądowaliśmy w Mediolanie, a tam oberwanie chmury, deszcz lał się strumieniami i to aż do samego Cassien. Droga, którą chcieliśmy pokonać w maksymalnie 4 godziny, przerodziła się w prawie 7-godzinną podróż. Padnięci, wyczerpani dotarliśmy w niedzielę około godziny 4.00 rano nad brzeg wody. Teoretycznie powinniśmy się zameldować w miejscu, gdzie mieliśmy wynajęty nocleg, ale chęć zobaczenia wody była tak wielka, że zdecydowaliśmy się zaparkować samochód na parkingu sąsiadującym ze słynnym mostem tej przepięknej wody.

Zdecydowaliśmy się zaparkować samochód na parkingu sąsiadującym ze słynnym mostem tej przepięknej wody.
Budzik ustawiony na godzinę 7.00 wyrwał nas z głębokiego snu. Czasami to aż współczuję swojemu operatorowi, który nie interesuje się wędkarstwem, a karpiarze zamęczają go idiotycznymi pomysłami. Cóż, taka praca, jak to mówią, może kiedyś też zacznie łowić i czerpać z tego przyjemność, a nie tylko przyjemność z filmowania… Wracając do tematu, obudziliśmy się, otworzyliśmy oczy, zobaczyliśmy przez zaparowane szyby jakiś fragment wody, wyszliśmy na zewnątrz, bez zastanowienia i słowa podążyliśmy nad skalny brzeg, by móc zobaczyć to, o czym marzyliśmy przez ostatnie 3 miesiące. Po prostu zamarliśmy, bez słowa obserwując tyle, ile wzrok jest wstanie ogarnąć… Oprócz tego, że byliśmy wykończeni podróżą i głodni, to do tego jeszcze uciekał nam czas. Problem jednak w tym, że obaj mieliśmy takie samo doświadczenie nad takimi wodami, czyli zerowe. Choć gdybym miał być szczery, to każdy odwiedzający takie miejsce po raz pierwszy mógł mieć podobne odczucie do mojego. Przecież doświadczenia nie zdobywa się z ilości przeczytanych artykułów, książek czy też obejrzanych minut wszystkich filmów. Zupełnie odbiegając od tematu, właśnie sprawdziłem ilość znaków i muszę przyznać, że wykorzystałem połowę z możliwych na publikację tego artykułu. Mam nadzieję, że jeszcze tu jesteście i kontynuujecie lekturę. Będę musiał się streszczać, choć do opisania pozostały jeszcze całe sześć dni.
Nasz ekwipunek podczas wyprawy na Cassien.
Bez słowa opuściliśmy brzeg i wyruszyliśmy w kierunku naszego zameldowania, gdzie mieliśmy spotkać się z osobą, która ostatnie pięć lat spędziła na Cassien, obserwując, pomagając, jak i łowiąc. Jak już możecie sobie wyobrazić ten dzień był nieco stracony, choćby dlatego, iż dzień kończył się około godziny 17:00. Sprawdziliśmy pogodę i biorąc pod uwagę, iż poniedziałek miał być najgorszym z możliwych, postanowiliśmy zabrać po 2 kije na głowę i zgodnie z radami naszego przyjaciela wybrać się nad jeden z brzegów, gdzie dostęp pozwalał na fizycznie wyrzucenie wędzisk i liczenie na łut szczęścia. Tak też zrobiliśmy, bez większych oczekiwań na złowienie jakiejkolwiek ryby. Chcieliśmy po prostu spędzić kilka godzin nad wodą i ułożyć plan na przyszłe dni. Dzień szybko się kończył i bez żadnych oznak pływających ryb wróciliśmy do campu, gdzie mogliśmy zapoznać się z mapą Lac de Saint Cassien i przy francuskim piwie posłuchać opowieści oraz rad, którymi chętnie podzielił się z nami nasz kolega.

Przyszedł poniedziałek, dzień, w którym deszcz lał nieustannie przy hałaśliwych uderzeniach piorunów. Wiedzieliśmy już od samego rana, że dzisiaj nie pojedziemy i nie będziemy ryzykować. Wiecie, obaj jesteśmy już ojcami swoich dzieci, nie te lata, jak to mówią, mamy dla kogo żyć. W końcu to we wtorek zapowiadali zimną, aczkolwiek piękną, słoneczną pogodę. Wybór padł na środek wody, jakiś kilometr od mostu, w stronę północnego brzegu. Miejsce to cechowało się dużym podwodnym plato, z którego ponoć karpie lubiły wybierać swoje smakołyki. I tak też zrobiliśmy. 6 wędzisk wywiezionych i postawionych na różnych głębokościach, tych płytkich i zupełnie głębokich, dochodzących do ponad 20 metrów. Przecież i tak mało wiemy o tej wodzie, stąd też warto spróbować. Widok przepiękny, za plecami szczyty gór ubrane w biały puch, a na wodzie mnóstwo wioślarzy przygotowujących się do przyszłego sezonu. A ryb jak nie było, tak nie ma. Z drugiej strony ponoć na Cassien na jeden hektar wody przypadają tylko 2 karpie. Temperatura wody wyższa niż powietrza, co też było dużym dla nas zaskoczeniem. Koniec października i 18 stopni? Ot, ciekawostka.

Just 1 fish...
Dzień się skończył, zaszło słońce i zostało 30 minut do spakowania swoich gratów, załadowanie ich na łódkę i trwającej 40 minut przeprawy do miejsca, skąd przyjechaliśmy. To był bardzo pouczający, z duża ilością zapisków w notesie, dzień. W końcu mamy w planach przyjechać na Cassien ponownie, a tę wyprawę potraktowaliśmy czysto szkoleniowo. Środa zaczęła się podobnie jak poniedziałek - ponownie ulewny deszcz, lecz tym razem wiatr był na tyle silny, że gdy dojechaliśmy nad brzeg, to wiedzieliśmy, że pływać dzisiaj nie będziemy. Wybór padł na otwarty brzeg w centralnej części, nieopodal słynnego mostu. Potężna zaporówka po raz kolejny zmusiła nas do angielskiego stylu wędkowania i poprawiania swojej techniki rzutowej. Joshua, bo tak na imię ma mój włoski kolega, chciał łowić z wiatrem, ja natomiast na jego wyjściu, na zakręcie linii brzegowej i w jednym zakolu, które od razu wydało mi się zbyt ciche i spokojne. Miejsce, które - gdybym był rybą – wybrałbym, aby się schować i nie siłować się z nurtem wody pchanym przez wichurę. Pierwsze trzy godziny nie przyniosły niczego, a zestawy, choć różnorodne, omijane były przez wszystkie ryby. Byliśmy w trakcie nagrywania jakiegoś podsumowania, gdy nagle jeden z moich kijów a raczej sygnalizatorów, wydał dźwięk. Branie! - krzyknął Joshua, i to na moim kiju. Podbiegłem, dźwignąłem wędkę, poczułem lekki opór, zgłupiałem, bo do końca nie zdawałem sobie sprawy z tego, co się dzieje. Na tym zestawie miałem założone dwie kulki 18 mm, specjalnie przygotowane przez mojego przyjaciela Huberta z Fantazy Baits. Ryba spadła, zabierając ze sobą jedną z kulek. Po prostu się nie wpięła. Nawet nie wiem, jak to opisać, ale przez moją głowę przepłynął milion myśli - od rozczarowania po euforię i na koniec ponownie po rozczarowanie. Nawet nie wiem, co to była za ryba, ale to było jakoś mało istotne. Zmieniłem zestaw i ponowne zarzuciłem w tym samym kierunku. Do końca pozostała nadzieja, którą karmiłem się z każdą upływającą minutą tego dnia. Dzień się kończył, a ponownego brania nie było. Cóż, pomyślałem, jutro też jest dzień. Szkoda tylko, że zostały ostatnie dwa, o których wam opowiem za miesiąc, a uwierzcie mi, że jest co opowiadać. Napiszę więcej o moich odczuciach, jakie zabrałem ze sobą z powrotem do Polski. A czy będą one kontrowersyjne? Zapewne szczere! Do przeczytania!

Oceń artykuł
Średnia ocena artykułu
Skontaktuj się z autorem

USTAWIENIA

Regulamin i polityka prywatności FAQ Dziennik zmian
Wersja 1.0
Korzystanie z aplikacji oznacza akceptację regulaminu. Jeśli jeszcze się z nim nie zapoznałeś, przejdź do zakładki Regulamin i polityka prywatności.
Wydawnictwo AS PRO MEDIA zastrzega sobie prawo do odmowy publikacji reklam i nie odpowiada za ich treść. Żaden materiał z czasopisma nie może być użyty i reprodukowany bez zgody wydawcy. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i redagowania zamawianych artykułów.
Świat Karpia, Świat Suma
AS PRO MEDIA
Czytaj czasopismo za darmo!
POBIERZ