Zaloguj

Wydanie 3/2019

Lac de Saint Cassien cz. 2
Lac de Saint Cassien cz. 2
Tomasz Mulka

Dopiero co skończyły się targi Rybomania Poznań. Byłem tak zajęty, że na ostatnią chwilę zostawiłem napisanie dalszego ciągu mojej relacji z pobytu nad pięknym lazurowym jeziorem. Szybko naprawiam swoje zaniedbanie.

Jeśli ktoś z was czytał pierwszą część artykułu w styczniowym numerze, to być może pamięta, że skończyliśmy tam na dniu, w którym pierwszy raz miałem jakikolwiek kontakt z rybą. No tak, do samego końca tego wyjazdu pozostały już tylko dwa dni i trzeba było te dni wykorzystać do maksimum.

Szybkie wieczorne zakupy w lokalnym sklepie, kilka sztuk francuskiego piwa też się znalazło i powrót do ośrodka.

Tego wieczora chcieliśmy się położyć nieco wcześniej, ale jak to bywa, wyszło jak zawsze. Poranek przywitał nas całkiem obiecująco - nie padało i takie były też prognozy na cały pozostały dzień. Tym razem postanowiliśmy wyruszyć z części West Arm, gdzie czekała na nas gotowa łódka - wystarczyło tylko ją załadować i w drogę.

Łódź zapakowana, możemy płynąć.

W planach mieliśmy obławiać jeden dość stromy, kamienisty brzeg, jednak po przybyciu na miejsce okazało się, że jest już zajęty, prawdopodobnie przez lokalnych wędkarzy. Płyniemy dalej, jednocześnie obserwując i szukając jakichś ciekawych zatoczek, zakrętów, których tam nie brakowało. Niespełna pięćset metrów dalej postanawiamy zacumować. Czas uciekał, a więc w pierwszej kolejności rozłożyliśmy naszego Tempesta, aby móc pochować sprzęt video, a później dopiero wędziska. Nie zastanawiając się zbyt długo, 6 zestawów wylądowało w wodzie po niespełna godzinie sondowania. Pogoda znów nas nie oszczędzała, rozpadał się deszcz i w taką aurę obserwowaliśmy wodę.

Sondowanie zajęło nam mniej niż godzinę.

Mijają minuty, godziny, nic się nie dzieje. Każdy z was dobrze wie, że jeśli nie jesteś na rybie, to jej po prostu nie złowisz. Choć zawsze do samego końca pozostaje nadzieja, zwłaszcza że dzień wcześniej mieliśmy to jedno jedyne branie. Mija południe, pozostaje niewiele czasu, niecałe 4 godziny światła dziennego, gdy nagle… no tak, nagle płyną spinningiści na swych kajakach. Nie wiem, czy to był dokładnie mój pech, czy tak też musiało się wydarzyć. Wyobraźcie sobie, że w momencie, gdy jeden z francuskich kolegów po kiju nadpływał nad linią biegnącą mojej plecionki, sygnał mojego sygnalizatora odezwał się. Pomyślałem sobie… cholera jasna, zaczepił mnie, nie śpieszyłem się do wędki, nie miałem nawet zamiaru krzyczeć do kolegi. Po prostu podszedłem do kija, uniosłem go i w tym momencie zrozumiałem, że to jest branie. Linka główna wysnuwała się w zupełnie innym kierunku niż kajakarz z dwoma spinningami. Joshua, branie! – zawołałem. Długo się nie zastanawiał, wskoczył do łódki i podpłynął do mnie, zabierając mnie na środek wody.

Nie podejmowałem żadnych mocnych ruchów wędką, starałem się czym prędzej znaleźć się nad rybą. Jednak było za późno. Gdy już zbliżyliśmy się do miejsca, gdzie mniej więcej było branie, zestaw mój był na zaczepach. Pech, pech i jeszcze raz pech. Sam zastanawiam się, dlaczego emocje na takiej wodzie wydają się jakby były potrojone. Chyba zakochałem się w zaporówkach, ale zacząłem od wysokiego „C”! Zestaw powędrował ponownie na 8. metr głębokości w starym korycie rzeki, lecz do samego końca nic się nie wydarzyło, ani u mnie, ani u Joshuy. Ten to dopiero miał pecha, ja to chociaż miałem jakieś emocje spowodowane tymi braniami. Kiedyś mu się odwdzięczę! Koniec dnia, a jutro moje urodziny. Pomyślałem, że należy mi się, a co!

Wspaniały zachód słońca nad Cassien.

Do następnego dnia podeszliśmy z totalnym brakiem pomysłu i tutaj z pomocą przyszedł nam zaprzyjaźniony kolega, który pokierował nas na jedną miejscówkę w South Arm, która nie była oznaczona na mapie, a stwierdził, że właśnie tam widział karpie, że jest dość płytko i sam nie wie, dlaczego one lubią tam przebywać. Piątek rano, moje 31. urodziny. Zaczynamy ostatni dzień nad Cassien. Do wyznaczonej miejscówki płyniemy prawie 50 minut, ale było warto. Upss, napisałem było warto? No tak, miałem na myśli widoki, zachód słońca i kolejną odkrytą część tego zbiornika!

Po przybyciu na miejsce jakoś mi się nie chciało, chyba byłem zupełnie zmęczony. Joshua zajął się przygotowaniem zestawów, oczywiście jego zestawów, nie myślcie sobie, że moje same się zrobiły. A ja w tym czasie obserwowałem wodę, od lewej do prawej i tak w kółko. Po 20 minutach ujrzałem najpiękniejszą rzecz - spław karpia. Niedaleko, jakieś 50 metrów od brzegu. Szybko myśląc krzyknąłem „karp!”. Joshua był wtedy odwrócony do wody plecami, ale za to z gotową wędką w rękach, oczywiście odwrócił się i zobaczył oczko. Wskazałem mu palcem dokładny kierunek, aby mógł perfekcyjnie oddać rzut, co uczynił. Zestaw wpadł dosłownie w to miejsce, gdzie powinien. Ten widok jakoś naładował mnie fizycznie i emocjonalnie. Pozostałe 5 wędzisk wywieźliśmy na podobną odległość, na spad do starego koryta i w samo koryto rzeki. Czekamy…

Czasami trzeba postawić na klasykę...

Do tamtej chwili wciąż nie mogłem uwierzyć, że widziałem swojego pierwszego karpia z Cassien. Mija godzina, tym razem to Joshua widzi drugiego, dosłownie nad naszymi zestawami. Możecie sobie wyobrazić, jakie emocje nami targały. Każdy z nas spoglądał w szczytówki wędzisk, a nasz operator był w totalnej gotowości, lecz nic się nie wydarzyło. Po upływie kolejnej godziny następny spław. Tym razem wydaje mi się, że mógł być to niewielkich rozmiarów sum. A jak wiadomo, gdzie sumy, tam karpi nie ma. Mijają kolejne godziny, dzień nieubłaganie się kończy, a my wędrujemy od lewej do prawej i staramy się czymś zająć, gdy nagle słyszę dźwięk swojego sygnalizatora - to opad na środkowej wędce. Podbiegam, szczytówka w górze, coś jest, jestem pewny, ale jakby leszcz, walka niezbyt ciężka, Josh podbiega z podbierakiem, podbiera malucha i w pierwszej chwili myślę: amur, czyli coś z rodziny karpiowatych. Jednak okazuje się, że nie był to ani amur, ani karp, ani leszcz, który podczas holu był najbardziej prawdopodobny. Z podbieraka wyłonił się kleń.

Mój francuski... kleń.

Kleń jak kleń, też ryba, może i nie wymarzony karp, ale jednak wywołał uśmiech na mojej twarzy i z przyjemnością zrobiłem sobie z nim zdjęcie. Pozostało nieco ponad półtorej godziny i myśl, że czeka nas jeszcze 50 minut drogi do miejsca, w którym musimy przycumować naszą łódkę. Pomału pogodziliśmy się z faktem, iż nie uda nam się złowić żadnego karpia. Zbliża się godzina 16.00, słońce pomału zaczyna znikać za horyzontem, a my dosłownie w tym samym momencie widzimy dwa kolejne spławy karpi oddalone około 15 metrów od naszych zestawów. I choć znane są nam reguły tej gry, co można, a czego nie można na Cassien, to równocześnie, zapytaliśmy siebie nawzajem, czy zostajemy dziś nieco dłużej.

Pamiątkowa fota z kompanem wyprawy.

Choć bardzo byśmy chcieli nagiąć kilka reguł, to zdawaliśmy sobie sprawę z tej długiej drogi, którą trzeba przepłynąć w zupełnej ciemności. I choć obydwaj czujemy się dość pewnie na jakimkolwiek środku pływającym, to mamy ze sobą operatora, dla którego jest to dopiero 3. wyjazd wędkarski w życiu. Wracamy, decyzja podjęta, cały tydzień, no prawie cały, mnóstwo wspomnień, wiele rozczarowań, brak ryb. Ale czego można się spodziewać po wodzie, w której ponoć pływa około 2 karpie na hektar. No pewnie, że nie jest to woda przepełniona rybostanem, w której można sprawdzać swoje chwytliwe zestawy.

Czy wrócę nad Lac de Saint Cassien? Pewnie, że wrócę, ale tym razem, gdy dzień będzie znacznie dłuższy, a woda będzie miała pięknie krystaliczny czysty kolor. A dla tych, którzy wybiorą się tam przede mną, życzę powodzenia, a jeśli i ono się nie przyda, to chociaż polecam w drodze powrotnej zrobić tak jak ja i na otarcie łez odwiedzić Monte Carlo, przepiękny kawałek bogatego wybrzeża.

Monte Carlo i Cassien dzieli jakieś 80 km, więc postanowiłem tam się zatrzymać.

Oceń artykuł
Średnia ocena artykułu
Skontaktuj się z autorem

USTAWIENIA

Regulamin i polityka prywatności FAQ Dziennik zmian
Wersja 1.0
Korzystanie z aplikacji oznacza akceptację regulaminu. Jeśli jeszcze się z nim nie zapoznałeś, przejdź do zakładki Regulamin i polityka prywatności.
Wydawnictwo AS PRO MEDIA zastrzega sobie prawo do odmowy publikacji reklam i nie odpowiada za ich treść. Żaden materiał z czasopisma nie może być użyty i reprodukowany bez zgody wydawcy. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i redagowania zamawianych artykułów.
Świat Karpia, Świat Suma
AS PRO MEDIA
Czytaj czasopismo za darmo!
POBIERZ