Wydanie 4/2018 - PREMIERA

Zaloguj
Jesienne sumy
Jesienne sumy
Rafał Stasiak

Jesień tego roku, tak jak i lato, była niesamowicie piękna. Jak przystało na prawdziwe polskie społeczeństwo, są grupy, które są z tego powodu niezadowolone.

Rolnicy narzekają – no bo susza, strażacy – bo dużo pracy, ci z nadwagą – bo gorąco, łysi – bo słońce pali w czachę, itd. Mnie interesowała tylko jedna rzecz, czy ta piękna pogoda spowodowała, że moja ukochana rzeka Warta będzie na tyle głęboka, aby móc popłynąć na ryby. Wtedy jasno się określę, czy stanę po stronie „narzekaczy” czy też „zadowoleńców”. Koniec września to temperatury w przedziale 20-25 stopni (po prostu czysta poezja), praktycznie jeszcze lato, choć to już kalendarzowa jesień. Ryba pięknie jeszcze „gryzie”, a więc do dzieła.

Poprzeczka, którą sobie ustawiłem, okazała się dość wysoka. Wartę w okolicach Obornik Wlkp. można było przejść zagłębiając się mniej więcej do „klejnotów rodowych”. Biorąc pod uwagę, że moja „Bradziaga” ma zanurzenie 60-70 centymetrów, pozostało mi tylko wierzyć we własny talent nawigatora. No trudno, w razie mielizny muszę zabrać ze sobą jakiegoś silnego kumpla. Najmocniejszy jest Damian. Wypchnąłby łódkę nawet gdyby była przycumowana do największego nadwarciańskiego dębu. Kiedy mu zaproponowałem wspólne łowienie, tylko powiedział: „się wie, że jadę”.
Sumy, tak jak i karpie, wymagają poświeceń. Najpierw trzeba wysłuchać w domowych pieleszach np. „dlaczego nie chcesz spędzić być może ostatniego ładnego weekendu w tym roku z rodziną”. Potem spędzić cały piątek, sobota i niedziela w niewygodach na wodzie. Poranne ochłodzenia, jedzenie słabej jakości (głównie zimne, więc niezdrowe) i toaleta w krzakach. Sen, nie-sen na jednym boku…, bez możliwości chrapania! Ale na pytanie, czy warto, odpowiedź jest jedna. Każdy niech sobie sam jej udzieli. Damian twierdził też, że na komary (których już chyba nie było…, ja nie widziałem przynajmniej) weźmie dwie butelki rumu…, aby się natrzeć. Ponoć bardzo odstrasza. Zgodziłem się ze zrozumieniem. Wiadomo, profilaktyka.

Umówiliśmy się po pracy – o 16.00, przy slipie na ulicy Wodnej. Zrzucenie łodzi zajęło parę minut. I już na początku kłopoty. Łódź „siedzi”. Jest naprawdę płytko, nie możemy praktycznie dojść do nurtu rzeki. Przepychamy, a właściwie „przenosimy” ją w kierunku środka rzeki. W końcu się udało – płyniemy. Praktycznie co parę minut uderzamy śrubą o dno. Już widzę oczami wyobraźni jak bardzo będzie pogięta. Śruba jest duża, uciągowa, zahacza o wszystko, co leży na dnie. Tyle z tego dobrego, że jest w stanie nas wyciągnąć z wielu mielizn.

W razie czego mam Damiana „i nie zawaham się go użyć”. I całe szczęście. Siedzimy na mieliźnie już na trzecim kilometrze. Na początku próbujemy z łodzią „po dobroci”. Próbujemy „wypłukać się” z mielizny. Nic z tego. Łódka uparła się i „siedzi”. Damian wkracza do akcji. Co tam dla niego sześćset kilogramów. Dwie minuty później już płyniemy z nurtem. Mój kolega chce zmienić mokre portki. Stanowczo mu to odradziłem – i miałem rację. Jeszcze pięć razy musiał wyciągać łódź z mielizn.

Płyniemy powoli, ostrożnie. Na stanowisko dopływamy około wpół do szóstej. Rzeka bardzo płytka. Mamy pod sobą jakieś trzydzieści centymetrów wody. Łatwo zatem obliczyć, że rzeka tutaj ma około dziewięćdziesiąt centymetrów, maksymalnie - metr głębokości. Cumujemy dosłownie przy samym brzegu, a więc do „toalety” blisko. Nie to nas jednak interesuje. Dowcip polega na tym, że nasza miejscówka jest niedostępna z brzegu. Tym wygrywamy z miejscowymi, którzy łowią z brzegu, a których widzieliśmy, płynąc pod prąd.

Interesują nas dwa dołki, które są oddalone od nas jakieś piętnaście metrów. Każda z tych dziur ma średnicę od pięciu do siedmiu metrów. Wiemy (za pomocą echosondy), że dziś mają jakieś trzy metry głębokości. Zazwyczaj siedzi tam jakiś wąsaty zbój. W zamian za zasługi w wyciąganiu łodzi z mielizn Damian otrzymuje „ten lepszy” dołek. Jest on głębszy, ma spokojniejszy nurt i dodatkowo nieopodal niego jest zwalony pniak wielkiego dąbczaka. Rozwijamy tyczki. Proponuję połączyć „przyjemne z pożytecznym”, czyli wykonać łowienie testowo-naukowe. Popróbujemy różnych przynęt. Damian jest za, ale jest sceptycznie nastawiony co do obecnych ryb (echosonda nie pokazuje nic dużego). Twierdzi, że woda jest naprawdę niska i cała „duża” ryba poszła w dół rzeki. W duchu przyznaję mu rację – jest ode mnie trochę starszy i ma „kosmiczne” doświadczenie. Ale nie psuje mi to humoru. Przecież od tego, czy coś złowimy, nie zależy nasze życie. Chodzi o to, żeby połowić. Każdy ma swoje patenty. Damian sięga po wątróbkę w worku-siateczce pva i karasia-dłoniaka. Ja próbuję na raka pręgowatego oraz na mój niezawodny amazoński patent (przepraszam, ale go nie zdradzę). Każdy z nas doskonale wie, że przed dwudziestą drugą będzie spokój. Można więc zrobić jakąś gorącą herbatkę i spróbować natrzeć się lekko rumem…, bo z komarami (to znaczy z komarzycami) żartów nie ma - ugryzie taka w tyłek i poleci! I szukaj potem takiej! Tak więc profilaktycznie.

Sobota powitała nas mgłami i lekkim chłodkiem. Damian z racji swoich gabarytów (sto czterdzieści kilogramów chłopa) był nieco obolały – nie dość, że było mu ciasno w śpiworku (ale za to w hamaku), który był dla niego za krótki, to jeszcze śpiąc całą noc tylko na jednym boku, był cały zdrętwiały. Jak twierdził, te małe chińskie śpiworki są dla dzieci, a nie dla pełnokrwistego, prawdziwego Polaka. Zmarzł i domagał się od rana „antygrypiny”. Po obfitym śniadanku i mocnej kawce życie stało się piękniejsze. Tym bardziej, że słoneczko wzeszło i zrobiło się ciepło.

Był nie tak wczesny ranek, pogoda zapowiadała się na piękną. Damian twierdził, że całą noc nie zmrużył oka i wie, że nic nawet nie otarło się o żyłkę. Nie za bardzo w to uwierzyłem, bo sam spałem jak zabity, ale po sprawdzeniu przynęt okazało się, że nie kłamał. Z nudy, a może z potrzeby testowania nowych technik, zwinęliśmy ciężkie sumówki. Zażyliśmy trochę ruchu (jak twierdzą lekarze – minimum 3 razy w tygodniu spinningować po 45 minut i zawał nas ominie) – woblery „poszły w las”. Może jakiś okoń… ważne, żeby się coś działo. Nic się nie działo, ale przecież nie oto chodzi. Ważne, że humor nam dopisywał. Damian pytał:
- Słuchaj, a łowiłeś kiedyś na muchę?
- No, powiem Ci szczerze: nie!
- To patrz, co robię… Tyczka co prawda niemuchowa, plecionka pływająca, ale nie oto chodzi. Zawsze chciałem nauczyć się rzucać jak rasowi muszkarze. Umiesz?
- No nie za bardzo. Parę razy widziałem, ale nie mam pojęcia.
- Próbujemy?
- No to jazda!

Damian skomponował jedną tyczkę „pseudo-muchówkę” (skąd miał muchę, nie miałem pojęcia) i machaliśmy. Na początku nam nie szło. Każdy z nas się bał, że zostanie kaleką, kiedy rzucał ten pierwszy. Oko, cenna rzecz!

Za pięćdziesiątym rzutem Damian coś zahaczył. Mnie się wierzyć nie chciało, a Damianowi już w ogóle. Rzucaliśmy bardzo blisko, może z dziesięć metrów od łodzi. Ki diabeł? Po paru sekundach sprawa była jasna – kleń. Nie był to gigant, taki około dwudziestu centymetrów, ale cieszył. Nie był zahaczony przypadkowo. Branie klasyczne, książkowe. Damian! BRAWO TY!
- Daj teraz ja!
- Nie, nie, jeszcze dwa rzuty!
- No daj już!

Jak takie dzieciaki. Cały dzień uczyliśmy się rzucać muchą. Efekt? Przez cały dzień siedem kleni. Damian - pięć, ja - dwa. Po łowieniu trzeba było podjeść. Kolacja z obiadem za jednym zasiadem. Po zachodzie słońca nie hałasujemy, nie gotujemy, nie łazimy, nie sikamy… cisza! To tylko piętnaście metrów. Piętnaście metrów absolutnej ciszy…
Cisza otaczała nas wszystkich. Słychać było tylko delikatny szum wody. Nasze spokojne zachowanie na tyle było dyskretne, że na gałęzi nieopodal przysiadł zimorodek. Nie mniej piękny niż kolibry, które widziałem w Amazonii. Nad nami polowała Kania Ruda.
- Boże, jak tu pięknie – rzekł Damian
- Cieszę się, że to widzisz… i pomyśl, jak blisko Poznania. Najciekawsze jest to, że każdy z nas - niezależnie gdzie mieszka – w Wielkopolsce, Małopolsce, Podlasiu, Mazurach, Mazowszu, Śląsku, ma też bardzo blisko domu też takie piękne tereny. Kłopot jest w głowie… trzeba po prostu ruszyć się z domu. Poczekaj – może nam się uda i zobaczymy Bielika, którego tu często widuję. W promieniu paru kilometrów są cztery gniazda.
- Orzeł Bielik tu jest?
- Jest, tyle tylko, że Bielik nie jest orłem… to rodzina jastrzębi.
- Nie wiedziałem!
- Ja też nie, ale kiedy przegrałem o to zakład, już wiem, hi-hi-hi! Sam widzisz, ile tu zwierząt – my widzimy głównie ptaki. A tutaj są i lisy, norki, bobry, wydry, borsuki i coraz częściej pojawiają się wilki. Damian słuchał tego z niedowierzaniem (a pewnie i z lekkim strachem). Faktem było, że pod wieczór było więcej czapli niż wróbli.

Przy takich historiach minął nam cały wieczór. Po osiemnastej sumówki znowu poszły w ruch. Z nudów w nurt rzeki puszczaliśmy na lince chińską echosondę, którą „przytrzymywaliśmy” nad dołkami, aby zobaczyć, czy coś tam zaczyna się dziać. Sam osobiście nie stosuję takich cudów. Uważam, że nie daje to szans rybie. Lubię grać fair. Zresztą, co to za zabawa, kiedy wszystko jest jasne. Ta tajemnica i niedomówienie dodaje smaczku. I tak wypuszczam tę rybę. Znowu – ten który debiutuje ma szczęście.
- Damian, w dziurę wpływa coś takiego metrowego, plus-minus albo jakaś kłoda mi wpłynęła.
- Raczej kłoda to nie jest, ale nie wiemy, czy to sum. Czekamy.
„Nie-kłoda” niechętnie, ale zaczęła wąchać przynętę amazońską – nieznaną, ale „wodzącą na pokuszenie”. Odeszła. Raka miał w nosie. Domyślałem się, że na niskiej wodzie drobnicy miał mnóstwo. Głodny nie był.

Pierwsze branie miało miejsce, kiedy jeszcze było jasno - parę minut po dziewiętnastej. Zgodnie z oczekiwaniami był to metrowy „smarkacz”. Miał 12 kilogramów. Po standardowej sesji zdjęciowej – ważeniu, mierzeniu, buziaku z życzeniem… i wypuszczeniu suma do wody – w końcu był czas, aby usiąść.
- Damian, zrobiłeś dobrą fotkę?
- Najlepszą, jaką można z tego aparaciku wyciągnąć… Word Press Foto GWARANTOWANE!!!!
- To super… bardzo się cieszę, że mój amazoński patent jest the best!
- Ale ja więcej złapałem kleni…
- Wiem Damian, nie o to mi chodzi. Ja sam siebie przekonuję i utwierdzam.
- Wiem, wiem, to co? Po antygrypinie? Strasznie cię pochlapał ten sumik. Istnieje ryzyko…
- Tak, Damian – zawsze wiedziałem, że jesteś moim przyjacielem i dbasz o moje zdrowie. Daj tę antygrypinę. Od razu na dwie nogi! I tak jakoś to już dalej poszło…

Sobotni wieczór upłynął nam na wspominaniu historii z tego sezonu, o rybach, o motocyklach i pięknych kobietach. Więcej brań już chyba nie było, tak nam się przynajmniej wydawało w niedzielny ranek.

Po powrocie do domu okazało się, że fotka jest naprawdę niezła. Gdyby w kadrze nie „zapodział się” pasek, na którym wiesza się aparat na szyi. Damian będąc ogromnym facetem, nie mógł powiesić go na szyi (pasek był za krótki) i owinął go na ręku. A więc to, co mówił o chińskich śpiworkach, ma sens, także jeśli chodzi o aparaty. Udowodnił, że jest pełnokrwistym, prawdziwym Polakiem.

Oceń artykuł
Średnia ocena artykułu
Skontaktuj się z autorem

USTAWIENIA

Regulamin i polityka prywatności FAQ Dziennik zmian
Wersja 1.0
Korzystanie z aplikacji oznacza akceptację regulaminu. Jeśli jeszcze się z nim nie zapoznałeś, przejdź do zakładki Regulamin i polityka prywatności.
Wydawnictwo AS PRO MEDIA zastrzega sobie prawo do odmowy publikacji reklam i nie odpowiada za ich treść. Żaden materiał z czasopisma nie może być użyty i reprodukowany bez zgody wydawcy. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i redagowania zamawianych artykułów.
Świat Karpia, Świat Suma
AS PRO MEDIA
Czytaj czasopismo za darmo!
POBIERZ