Zaloguj

Wydanie 05/2018

Z karpiówką wśród zwierząt
Z karpiówką wśród zwierząt
Andrzej Jurek

Bieliki, bobry, norki, żurawie czy nawet żółwie coraz częściej towarzyszą nam podczas karpiowania. Obserwacja przedstawicieli naszej fauny nie tylko dostarcza wyjątkowych wrażeń podczas zasiadki, ale potrafi pozytywnie wpłynąć na jej wyniki.

Polscy karpiarze mają szczęście do przyrody. Jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat wstecz życie wśród naszych wód i mokradeł było w pewnym sensie uboższe. Bobry oraz łosie zamieszkiwały głównie swe mateczniki w północno-wschodniej Polsce, a bielik zajmował tylko kilkadziesiąt stanowisk w kranie wielkich jezior oraz na Pomorzu. Nieliczne żurawie żyły na północy kraju. Kontakt z nimi sprowadzał się przede wszystkim do wysłuchania klangoru, czyli dźwięku, który wydaje przelatujący wysoko nad głową klucz tych pięknych ptaków. Wydry rzadkością nie były tylko w niektórych rejonach Polski, a kormorany poza Mazurami oraz Wybrzeżem znano najczęściej z pięknej piosenki Piotra Szczepanika. Mniej było łabędzi niemych, te krzykliwe praktycznie się w Polsce nie gnieździły, a gęsi gęgawy składały jaja głównie na Pojezierzu, w ujściu Warty i nad Gopłem. Aby przybliżyć skalę zjawiska, warto przytoczyć kilka liczb. Przykładowo na początku lat 80. ilość bobrów w kraju szacowano na 1800 sztuk, a obecnie na ponad 100000. Podobnie sytuacja wygląda z bielikiem. Trzydzieści lat temu gnieździło się w Polsce ponad 200 par naszych herbowych ptaków, teraz jest ich już siedem razy więcej. Jeszcze większą ekspansję przeprowadziły kormoran i żuraw, których liczebność w ostatnich trzydziestu latach wzrosła dziesięciokrotnie do odpowiednio 25000 i 30000 par (dane za rok 2016 r.). Podobnie radzi sobie największy ssak mokradeł - łoś. Jego pogłowie urosło z 1500 sztuk na początku wieku, do 20000. Dopełnieniem zjawiska jest inwazja na teren Polski gatunków obcych, np. uciekinierów z ferm zwierząt futerkowych. Wśród nich prym wiedzie związana ze środowiskiem wodnym norka amerykańska, która wypełniła niszę po swej europejskiej odpowiedniczce.

Przyroda wielokrotnego użytku
Większość opisanych wyżej trendów wzrostowych zaczęła nabierać tempa na przełomie lat 80. i 90., a ich głównej przyczyny należy upatrywać w zmianie podejścia do przyrody. Koncepcja sprzedaży całych ekosystemów jako turystycznych atrakcji zyskuje na popularności i często wypiera bezpośrednie korzystanie z owoców natury (wycinka, polowania itd.). Zmianę myślenia widać wśród rolników (agroturystyka), leśników, jak i wreszcie nas, wędkarzy. Sprzyjają temu regulacje prawne, np. unijny program Natura 2000, które premiują ochronę obszarów cennych przyrodniczo wśród właścicieli gruntów. Karpiowanie ze swoją zasadą „złów i wypuść” doskonale wpisuje się w te trendy. Jego nowoczesna forma pojawiła się u nas mniej więcej na początku dwudziestego pierwszego wieku. Wtedy powstają pierwsze łowiska komercyjne oraz czasopisma i filmy DVD w całości poświęcone łowieniu cyprinusów. Zwiększa się podaż większych ryb oraz dostęp do nowoczesnego sprzętu. Namioty karpiowe wydłużają zasiadki i czas na obserwację przyrody.

Sandacz w drodze
Przyglądanie się naturze może wprawić w niemałą konsternację. Tak było ze mną w maju tego roku. Ale po kolei. Niedzielę spędzam na ulubionym łowisku pod Bydgoszczą. Wracam z kawą na stanowisko. Siedzę blisko rogu zbiornika, trochę na uboczu. Wtem zauważam coś, czego wcześniej nie było. Niemal półmetrowy sandacz gapi się na mnie mętnym i martwym wzrokiem z środka dróżki. Jest jakieś dwadzieścia metrów ode mnie. Rozglądam się na boki - nic. Patrzę w górę - też nic, choć wcześniej widziałem wysoko na głową bielika, a trochę niżej kormorana. W głowie mnożą się teorie. Pierwszym podejrzanym jest birkut, który mimo żelaznego uścisku swoich szponów mógł upuścić rybę. Drugim - niedbały wędkarz. Po chwili daję sobie spokój i myśli wracają do karpi. Wędki zarzuciłem parę godzin temu, a efektu jak nie było, tak nie ma. Nagle kątem oka dostrzegam po prawej stronie jakiś ruch. Coś brązowego „całuje” sandaczowego sztywniaka. Wyostrzam wzrok. Już wiem. To norka amerykańska taszczy rybę w moim kierunku. Pośpiesznie sięgam do torby po aparat. Jednak pośpiech okazuje się zbyteczny. Defilowanie drapieżnego ssaka z rodziny łasicowatych ze zdobyczą przed moim stanowiskiem trwa dobre kilka minut.

Łabędź, który przyniósł karpia
Opisane zdarzenie nie jest jedynym ciekawym spotkaniem z przedstawicielami naszej fauny w tym miejscu. Do wiosny zeszłego roku łabędzie nieme kojarzyły mi się z pięknem i dostojnością. Owszem, wiedziałem, że agresywnie bronią młodych, a uderzenie wielkiego skrzydła może złamać rękę. Jednak istniała w moim umyśle kategoria czynów niepasujących do czerwono-czarnego dzioba, wygiętej w literę S szyi i majestatu łabędziej bieli. Aż któregoś razu młody łabędź niemy wleciał na terytorium samca alfa. Kiedy zobaczył miejscowego hegemona, uciekł na dróżkę tuż przy moim stanowisku. Niestety za późno. Dojrzały samiec wlazł na młodzika i z niesamowitą wprost zaciekłością zaczął wyrywać mu pióra z szyi oraz korpusu. Na szczęście intruz wykorzystał chwilę nieuwagi brutala. Wyswobodził się, a następnie pozbawiony części piór czmychnął z łowiska.

Parę godzin później - w dużej mierze dzięki tej sytuacji - złowiłem karpia. Była niemal szósta wieczorem. W telefonie zadzwonił budzik. Poinformował mnie, że czas ściągnąć zestawy. Wstałem z krzesła trochę zrezygnowany, bo od rana nie było nawet piknięcia. Wtedy na łowisko wleciał następny łabędź przybłęda, który wylądował blisko agresywnego hegemona. Cóż mi pozostało. Zamiast podnieść wędki z podpórek, gapiłem się na te piękne ptaki, czekając na kolejną bójkę. Dominator najwyraźniej zainteresował się przybyszem. Bojowo rozszerzył skrzydła i wygiął szyję. Parę minut czaił się na gościa, aż ten uderzył kilka razy skrzydłami o wodę i odleciał. Właśnie w tym momencie usłyszałem dźwięk oddającego żyłkę kołowrotka. Zaciąłem. Po emocjonującym holu na macie zameldowała się sympatyczna dyszka, która po całodziennym bezrybiu cieszyła niczym PB.

Żółw nasz ostatni
Nasze hobby sprzyja kontemplacji przyrody. Karp to nie ukleja i branie trzeba po prostu wysiedzieć. Czasem podczas takich obserwacji spotykają nas niespodzianki. Wielu Polakom słowo żółw kojarzy się z powolnością i egzotyką. Spodziewamy się tego gada raczej w terrarium niż w swojskim stawie. Poniekąd słusznie. Jednak i nasza przyroda ma swojego żółwia. Kilkadziesiąt lat temu rodzimy żółw błotny należał do wymierających gatunków. Obecnie po wielu latach czynnej ochrony stan populacji tego gada poprawia się. Szanse na obserwacje długowiecznego zwierzęcia (podobno dożywa ponad 100 lat) mają zwłaszcza karpiarze wędkujący w lubelskiem, zachodniopomorskiem i lubuskiem.

Druga strona medalu
Oczywiście w przyrodzie szczęście jednych bywa nieszczęściem drugich. Często widujemy nad głowami szybujące bieliki czy błotniaki. Wokół namiotów pałętają się zbyt pospolite już lisy, a pozbawione wypasu murawy zarastają krzakami. Wszystko to sprawia, że część ptaków łąk i pastwisk ma duże problemy z utrzymaniem lęgu. Dlatego kiedy wiosną zobaczyłem na podmokłej łące przy łowisku pod Bydgoszczą rycyka, a nad nim powietrzne akrobacje tokujących czajek, poczułem ulgę i radość. Zwłaszcza, że po chwili na zielone lądowisko opadł lotem szybowym skąpany w metalicznej szarości żuraw.

Oprócz atrakcji wizualnych przyroda nad wodami dostarcza wielu doznań dźwiękowych. Melodie ptaków śpiewających, cmoknięcia linów, klangor żurawia, syk łabędzia, gęganie gesi, pisk bielika, jazgot mew, buczenie łosia. Wszystko wydaje się błahostką przy wieczornym koncercie żab moczarowych. Na czas godów w czerwcu samce tych płazów stroją się w niebieskawe szaty, zbierają w grupy liczące nawet setki osobników i przystępują do pojedynku na głosy. Taki koncert może trwać wiele godzin. Czasem bywa irytujący, częściej kojący niczym muzyka medytacyjna. Na pewno zagłusza inne dźwięki i trudno karpiom nas usłyszeć. Odnoszę nawet wrażenie, że w czasie żabiej symfonii cyprinusy biorą chętniej.

Aby w pełni wykorzystać dobrą koniunkturę dla fauny, warto zajrzeć do przyrodniczych atlasów i nauczyć się odróżniać gatunki, przykładowo naszego łabędzia niemego od przybysza z północy, zwanego krzykliwym. Ten ostatni ma żółto-czarny dziób, wyprostowaną szyję w czasie spływu i coraz śmielej zasiedla kraj (ok. 150 par lęgowych), wyprowadzając młode głównie na stawach rybnych w paśmie pojezierzy i na Podlasiu (np. Dojlidy koło Białegostoku). Świadoma obserwacja naszej fauny daje nie tylko przeżycia oraz fotografie. Sprawia, że rzadziej się nudzimy, czekając na branie i nie przerzucamy co chwilę zestawów. Tymczasem w karpiowaniu to właśnie dostatecznie długi czas zanurzenia przynęty często bywa kluczem do sukcesu.

Oczywiście istnieją sytuacje, kiedy nadmiar zwierzyny przynosi karpiarzowi utrapienie. Ekspansja krzyżówek oraz łabędzi sprawia, że na płytkiej wodzie zanęta może zniknąć szybciej niż byśmy chcieli. Bieliki, wydry i kormorany, choć cieszą oko, potrafią dobrać się do karpi. Jednak to temat na zupełnie inny tekst.

Oceń artykuł
Średnia ocena artykułu
Skontaktuj się z autorem

USTAWIENIA

Regulamin i polityka prywatności FAQ Dziennik zmian
Wersja 1.0
Korzystanie z aplikacji oznacza akceptację regulaminu. Jeśli jeszcze się z nim nie zapoznałeś, przejdź do zakładki Regulamin i polityka prywatności.
Wydawnictwo AS PRO MEDIA zastrzega sobie prawo do odmowy publikacji reklam i nie odpowiada za ich treść. Żaden materiał z czasopisma nie może być użyty i reprodukowany bez zgody wydawcy. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i redagowania zamawianych artykułów.
Świat Karpia, Świat Suma
AS PRO MEDIA
Czytaj czasopismo za darmo!
POBIERZ