Wydanie 3/2019

Zaloguj
Tłoczny początek
Tłoczny początek
Marek Gackowski

Pierwsze dni sezonu sumowego są jak promocja na najnowszy model telewizora, której wszyscy od dawna wyczekiwali. Samochody kotłujące się przy slipach, ludzie tłoczący się na nabrzeżach i pomostach. W powietrzu aż czuć wszechobecne podniecenie wywołane wizją pierwszego dnia sumowego szaleństwa.

Sprzęt odkurzony kilka dni wcześniej lśni w promieniach czerwcowego słońca, kotwice ostre, plecionki napięte, silniki mruczą gotowe do pierwszego ślizgu. Klimat pierwszego dnia sezonu jest niepowtarzalny, można spotkać wielu kumpli, których nie widziało się od kilku miesięcy, przybić kilka piątek, wymienić się pomysłami i z uśmiechami na twarzy ruszyć do boju. Pomimo tej pięknej aury, pełnej pasji i determinacji, są tego dnia minusy, które potrafią skutecznie odstraszyć niektórych sumiarzy.

Sęk w tym, aby przeanalizować sytuację i wybrać opcję, która jest dla nas najlepsza. Pierwsze dni sezonu są magiczne, ryby wypoczęte po tarle zaczynają już intensywnie żerować. Wszelkiego rodzaju sprzętu wędkarskiego nie widziały już od kilku miesięcy, a dźwięk kwoka już praktycznie zapomniały. Jest to bez dyskusji pora, kiedy mamy szansę się nałowić do bólu. Różnorodność łowisk w naszym kraju sprawia, że nie sposób je poszufladkować, ale główne zasady pozostają niezmienne. Postaram się przybliżyć wam cały temat, posługując się moim osobistym przykładem i możliwościami, jakie mam w okolicy Szczecina.

Czerwcowy sum z Odry.

Szczeciński odcinek Odry, który jest moim łowiskiem bazowym, zdecydowanie nie rozpieszcza w pierwsze dni sezonu. Wszystkie najlepsze miejscówki, dające największe ryby, są oblegane w takim stopniu, że ciężko wcisnąć swoje pływadło pomiędzy inne łodzie czy pontony. Kwoki tłuką w wodę jak szalone, wielokrotnie odstraszając ryby zamiast je wabić, a widok dwóch sumiarzy kwoczących z pokładu jednej łodzi nie jest niczym nadzwyczajnym. Nasza Odra to istny poligon testowy dla mniej doświadczonych sumiarzy, co ma niestety zgubny wpływ na czujność ryb, które w tym okresie mogą zapoznać się z wszelkiej maści zestawami i zapamiętać dźwięki wydawane przez każdy znany ludzkości model kwoka. Niestety owocuje to niczym innym jak przysłowiowym „psuciem” wody na następne dwa miesiące. Jakby tego było mało, początek sezonu sumowego zbiega się z pierwszym dniem sezonu sandaczowego, a jak powszechnie wiadomo, Szczecin to swego rodzaju mekka sandaczowców, co niestety dodatkowo utrudnia nasze łowy.

Pierwsze dni sezonu to idealny moment na testy nowych kwoków.

Same minusy, nie sądzicie? Jednak wprawne oko jest w stanie dojrzeć, niewidoczne na pierwszym planie, plusy. Kiedy wszyscy pochłonięci przeświadczeniem, że tylko najlepsze miejscówki dają ryby, my możemy spokojnie wybrać te miejsca, gdzie inni ryby się nie spodziewają lub tam, gdzie dojście z brzegu jest niemożliwe, a dopłynięcie czasochłonne. Tego dnia zdecydowanie wybieram te właśnie miejsca, głębokie rynny oddalone od miejskiego zgiełku, dołki wokół których nie widać żywej duszy. To właśnie takie miejsca mogą dać nam szansę na rozpoczęcie sezonu w świetle istnych fajerwerków. Oczywiście nie znajdziemy w tych miejscach tylu ryb, ile na popularnych odcinkach, lecz nie ma co się zrażać, albowiem ryby w naszych rynnach nie są jeszcze przesycone wiedzą o wędkarskich trikach i dużo łatwiej będzie je skusić do brania. Tego dnia bardzo chętnie sięgam po klasykę w postaci kwoka, teasera i pajdy rosówek. Spokojny dryf połączony z niezbyt częstym, ale mocnym dźwiękiem pukadła i okraszony pierwszymi promieniami czerwcowego słońca jest nie do opisania zwykłymi słowami, a poczuć tę magię potrafią tylko nieliczni. Jednak zawsze tego dnia robię również szybki rekonesans po znanych miejscach, niekiedy w godzinach nocnych, gdy 90% wędkarzy już jest w domu. Taki wypad bardzo często kończy się kilkoma rybami, jednak niepowalającymi wielkością. Szczecińska Odra to trudny odcinek, który wymaga wielu kombinacji i kompromisów, potrafi obdarzyć wielką rybą lub utrzeć nosa totalnym brakiem brań.

Zmierzch to idealna pora brań w czerwcu.

Druga możliwość, która jest bardzo kusząca i niedoceniona zarazem przez wielu sumiarzy, to jeziora. Większość jezior w naszym kraju posiada populację suma, która ma się bardzo dobrze. Wśród okolicznych wędkarzy bardzo często krążą istne legendy o potworach z jezior, porywających wędki i połykających kaczki. I wiecie co? Wody te stoją otworem! Bardzo mały odsetek sumiarzy wybiera je jako cel swojego wypadu w pierwsze dni sezonu. Sam jeziorami zająłem się stosunkowo niedawno, bo w zeszłym roku, ale - ku mojemu zaskoczeniu - efekty były na tyle zadowalające, że to właśnie jeziora wybieram w tym roku jako miejscówki na pierwsze dni sumowego szaleństwa. Kompletny spokój, cisza, brak zbędnych dźwięków w postaci wyjących silników, parady kwoków, masy ludzi na brzegach. Sumy osiągają w jeziorach bardzo pokaźne rozmiary, a do tego - co najlepsze - kompletnie nie znają trików sumiarzy. Często wody o niepozornej powierzchni, 20-30 ha, skrywają ryby o długości powyżej 2 m.

Jeziorowy sum mojego kompana Michała.

Łowienie w jeziorach wymaga zgoła innej techniki niż łowienie w rzece, lecz jest to temat na odrębny materiał. W skrócie: łowiąc w jeziorze za dnia staram się znaleźć wszelkie dołki i przegłębienia, bo to właśnie tam ryby wypoczywają pomiędzy żerowaniem. Godziny nocne to już inna bajka - jeziorowych sumów można już szukać zarówno wśród grążeli na wodzie o głębokości 50 cm, jak i kilkumetrowych spadach. Tutaj również daje się ponieść muzyce kwoka, lecz rosówki najczęściej odpuszczam na rzecz żywca. Dźwięk kwoka, uderzającego o taflę jeziora, echo, które odbija się od linii drzew, mgła, która bardzo często spowija okolice… Klimat rodem z fantastycznych opowieści. A jeśli okraszone to zostanie potężnym braniem suma, który nigdy wcześniej nie słyszał kwoka, to mamy gotową historię, która na długo pozostanie w naszej głowie.

Jak widać, pierwsze dni sezonu w zależności od tego, gdzie łowimy, mogą dać nam różne możliwości. Każdy - niezależnie od swoich prywatnych upodobań - znajdzie dla siebie plamę wody, która pozwoli mu oddać się sumowej pasji w stu procentach. Osobiście raczej skłaniam się ku możliwości łowienia w spokoju, bez zbędnego towarzystwa i akompaniamentu tysiąca kwoków, jednak nie zmienia to faktu, iż lubię odwiedzić znane wszystkim miejsca i zobaczyć, co w trawie piszczy. Taki rekonesans i krótkie rozmowy z innymi wędkarzami mogą dać niezły pogląd na sytuację w pierwszych tygodniach czerwca. Innymi słowy, warto poświecić kilka pierwszych dni na wypróbowanie obu sposobów, a woda prędzej czy później nam to wynagrodzi.

Oceń artykuł
Średnia ocena artykułu
Skontaktuj się z autorem

USTAWIENIA

Regulamin i polityka prywatności FAQ Dziennik zmian
Wersja 1.0
Korzystanie z aplikacji oznacza akceptację regulaminu. Jeśli jeszcze się z nim nie zapoznałeś, przejdź do zakładki Regulamin i polityka prywatności.
Wydawnictwo AS PRO MEDIA zastrzega sobie prawo do odmowy publikacji reklam i nie odpowiada za ich treść. Żaden materiał z czasopisma nie może być użyty i reprodukowany bez zgody wydawcy. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i redagowania zamawianych artykułów.
Świat Karpia, Świat Suma
AS PRO MEDIA
Czytaj czasopismo za darmo!
POBIERZ