Odkrywamy nieodkryte
Odkrywamy nieodkryte

Przetłumacz:

Wybierając cele moich karpiowych zasiadek, kieruje się możliwością odkrywania podwodnego świata. Coraz mniej jest jednak tajemniczych miejsc. Jednym z takich wyjątkowych łowisk jest polodowcowe jezioro, położone pomiędzy alpejskimi szczytami we Francji.

Średnia ocen:

Przygotowania do tej ekspedycji zaczęły się na długo przed terminem wyjazdu. Miejsce, które wybrałem, nie było przypadkowe. W planie był wyjazd nad nieznany zbiornik, gdzie nie ma tłumów, gdzie będę mógł odkrywać kolejną nową dla mnie wodę i bez przeszkód oddawać się swojej pasji. Celem było też zrealizowanie kolejnej części filmu z serii „Wędrówki karpiarza”, serii, w której chcę pokazać nie tylko łowienie samych ryb, ale i całą karpiową otoczkę, przybliżyć historię miejsc, w których będę uwieczniać kamerą ciekawe okolice, a przede wszystkim pokazywać, że wędkarstwo karpiowe to wspaniała wielka przygoda.

Uwielbiam takie karpiowe, wielodniowe eskapady i jestem wielkim zwolennikiem długich zasiadek. Ma to znaczenie nie tylko osobiste, ale i praktyczne. Na nieznanych wodach, gdzie nie mamy możliwości wcześniejszego rekonesansu, dłuższa zasiadka pozwoli nam poznać zbiornik i dostosować własną technikę łowienia do warunków, jakie zaobserwujemy przez te kilka czy kilkanaście dni zasiadki. W tym konkretnym przypadku właśnie tak było - wspólnie z kompanem, Robertem, wyruszyliśmy w kolejną karpiową podróż. Ogromna odległość ponad 1500 km, jaką mieliśmy do pokonania, aby znaleźć się nad naszym jeziorem, nie pozwalała na wcześniejsze badanie zbiornika, dlatego tym bardziej cała wyprawa wiązała się z dużym ryzykiem i sporym prawdopodobieństwem powrotu o przysłowiowym kiju. O samej wodzie wiedzieliśmy bardzo niewiele. Byłem świadomy, że mogliśmy wrócić bez ryby, ale to nadawało „smaczek” całej wyprawie. Uwielbiam odkrywać nowe wody, osobiście nie obawiam się takich trudnych wyzwań i przyznam, że taki rodzaj wędkarstwa najbardziej mi odpowiada. Nie zawsze chodzi o duże ryby, liczy się sprawdzian własnych umiejętności, walka z wodą i przeciwnościami, jakie napotkamy, co powiększa bagaż doświadczeń.

W oczekiwaniu na kontakt z rybą.
W oczekiwaniu na kontakt z rybą.

Woda, z jaką przyszło nam się tym razem zmierzyć, to stuhektarowy, naturalny zbiornik polodowcowy, położony we francuskiej części Alp, leżący w dolinie na wysokości ponad 1 tys. m n.p.m. Jezioro Pierre-Châtel, zwane także jeziorem Cordeliers, znajduje się 30 km od miasta Grenoble, w samym sercu gór, w regionie Owernia-Rodan-Alpy. Jest ono jednym z grupy czterech jezior leżących w dolinie blisko siebie, które powstały, gdy lodowiec Romanche stopił się 16 000 lat temu. Jezioro to ma regularny kształt o szerokości i długości około 1 km. Jego maksymalna głębokość to 11 metrów. Nieopodal samego jeziora leży malownicza górska wioska Pierre-Châtel, miejscowość i gmina we Francji, w departamencie Isère.
Okolice samej wody to głównie leśne ostępy, piękne zielone łąki i pastwiska, gdzie wypasane są krowy. Zwierzęta te, znajdujące się nieopodal stanowiska, przystrojone dzwonkami, niemal przez całą naszą zasiadkę tworzyły swoisty alpejski klimat. Za naszymi plecami rozciągał się pejzaż górskich szczytów - potężny, praktycznie wyludniony, alpejski teren o dość groźnym i majestatycznym charakterze z niezliczoną ilością dzikiej zwierzyny.

Sama górska woda jeziora była bardzo czysta i przejrzysta, z ogromną ilością raków. Na dnie zbiornika występowały kolonie małży racicznicy, które już pierwszego dnia dawały się we znaki. Z obserwacji, jakich dokonaliśmy, opływając wodę, dało się zauważyć liczne podwodne łąki, które z racji przejrzystości wody występowały do głębokości ponad 4 metrów. Dno zbiornika łagodnie opadało do głębokości około 8 metrów po naszej stronie jeziora. To wszystko pokazywało mi, że łowienie karpi w tak żyznym i bogatym w naturalny pokarm zbiorniku nie będzie łatwe. Ogrom wody także nie pomagał. Wytypowanie potencjalnych miejsc bytowania i zlokalizowania karpi było bardzo trudne. Nie znaleźliśmy charakterystycznych miejsc, takich jak górki podwodne, gdzie karpie mogłyby krążyć. Aby rozszerzyć nasze poszukiwania, tym samym zwiększyć szanse spotkania z rybami, postanowiliśmy na początku rozstawić się z naszymi wędkami na różnych głębokościach na całym dostępnym obszarze. Celem była obserwacja wody w pierwszych dniach i ewentualne późniejsze zmiany w taktyce tak, aby zwiększyć szanse natrafienia na żerujące karpie.

Najważniejsze jest dobre rozpoznianie łowiska i perfekcyjne przygotowanie sprzętu.
Najważniejsze jest dobre rozpoznianie łowiska i perfekcyjne przygotowanie sprzętu.

Niesamowicie ekscytujące są dla mnie takie pierwsze spotkania z nowym środowiskiem i zupełnie nieznaną wodą. O samym zbiorniku czy rybach, wyruszając na naszą wyprawę, wiedzieliśmy naprawdę niewiele, z racji tego, że sama woda nie jest zbyt znana i jeszcze niewielu karpiarzy miało okazję tam łowić, ale także dlatego, że - jako woda typowo karpiowa - jezioro to ma bardzo krótki staż. Z informacji, jakie udało mi się uzyskać, wiem, że jest to największe naturalne jezioro polodowcowe w rękach prywatnych we Francji. Obowiązują tam odrębne zasady wędkowania, których trzeba ściśle przestrzegać. Wodę pilnują państwowi strażnicy federalni, a także strażnik-pasjonat, z którym mieliśmy okazję kilka razy się spotkać. Swoją drogą były to bardzo miłe pogawędki, a nasz francuski kolega udzielił krótkiego wywiadu w naszym filmie. Także ilość karpi występująca w wodzie jest zupełnie nieznana i nigdzie dokładnie niesklasyfikowana. Jest to typowa woda do odkrycia, w której drzemią bez wątpienia piękne okazałe karpie!

No właśnie, karpie… Czy udało nam się spotkać z pierwszym alpejskim karpiem? Otóż pierwsze trzy doby to były próby i błędy, a także codzienna obserwacja. Obserwacja ta była bardzo ważna i mogę teraz stwierdzić, że jej analiza i wynik zaważył na końcowym efekcie. A jak to wyglądało w szczegółach, postaram się wyjaśnić. Przez pierwsze doby nasze zestawy położone na płytszej części zbiornika przy brzegach nie dawały efektu. Z racji tego, że zbiornik leży na wysokości około 1 tys. m n.p.m., pogoda była typowo górska, tzn. bardzo dynamiczna i nastąpiło jej załamanie. W nocy, mimo że był to początek września, temperatura spadała do 3-5 stopni. Nie zaobserwowałem żadnej ryby, nie było żadnej drobnicy w partiach przybrzeżnych, co zaczynało mnie martwić i było pierwszym powodem zmiany miejscówek. Mimo że miejsca te wydawały się początkowo atrakcyjne z racji dość urozmaiconego dna, występowały tam liczne kamienie, a w wśród nich sporo raczków. Zestawy z płytszej części ławicy przybrzeżnej przeniosłem na głębsze partie zbiornika, znalazłem miejsca, gdzie dno zdecydowanie opadało z 3 do 6 metrów i było porośnięte roślinnością. Zestaw położyłem bardzo blisko dywanu roślin, zaraz za spadkiem z głębszej strony. Czy ta zmiana i wybór przyniósł karpia? Tak! Już pierwszego wieczoru na macie wylądował mój pierwszy alpejski karp, co prawda nie był to duży okaz, ale radość była ogromna. Co było dalej? Dalej było już tylko ciekawiej!

Elegancki aplejski grubasek ląduje na macie.
Elegancki aplejski grubasek ląduje na macie.

Kolejne dni nad naszym alpejskim jeziorem mijały w bardzo pozytywnej atmosferze z dużą dawką emocji. Woda była bardzo urokliwa, widoki dookoła naprawdę imponujące, szczególnie gdy wypływało się na otwartą wodę, gdzie podziwiać mogliśmy szczyty i stoki pobliskich gór. Przy jednej z wielu wywózek zaobserwowaliśmy spławiające się karpie. To nie były małe ryby i nie był to jeden spław! Spławy były daleko od brzegu, warto było się im przyjrzeć, więc postanowiliśmy sprawdzić, co kryje się pod powierzchnią wody w tych miejscach. Wykorzystując okno pogodowe i fakt, że nieco ucichł szalejący początkowo wiatr, wypłynęliśmy w celu sondowania. Już w trakcie pływania naszym oczom ukazał się kolejny spławiający karp. Okazało się, że w odległości około 500 metrów od naszego stanowiska rozciągała się bardzo duża, podwodna, szeroka łacha, której płytsze partie dna sięgały dwóch metrów, natomiast brzegi opadały nagle, bardzo stromo do głębokości około 6 metrów po naszej stronie i 8 metrów po przeciwnej. Górka ta, a raczej bardzo długi „wąs”, odchodzący od jednego z brzegów, na szczycie miał rozległy blat, sięgający momentami szerokości 50 m, gdzie na dnie występowały duże głazy i kamienie. Wydawało się to bardzo atrakcyjne miejsce do położenia zestawów, jednak czułem, że ryba raczej pojawi się tutaj na żerowaniu dopiero w nocy, wychodząc na ten blat z głębszych partii zbiornika. Tak też się stało! Pierwszej nocy od wywiezienia zestawów w nowe miejsca ryba weszła w nęcony obszar i na macie u Roberta wylądował piękny, dziki i zdrowy alpejski karp. Waga pokazała 19 kg! Radość ogromna, tym bardziej, że potwierdziła się moja teoria. W związku z tym, iż czasu na lokalizację ryb nie było dużo, decyzja była bardzo szybka – przestawiamy się z zestawami na miejscówkę oddaloną o około 500 m. Nie było to proste technicznie, musieliśmy wywozić na żyłkach, ponieważ na tej wodzie nie wolno używać plecionek. Taka odległość, gdy łowi się na żyłkach, bardzo opóźnia sygnalizację brania, ale łowienie w takich warunkach nie jest niemożliwe, dlatego spróbowaliśmy. U mnie pozostało niewiele żyłki na szpulach po tak dalekiej wywózce, dlatego trzeba było szybko reagować na jakiekolwiek brania. A brania się zaczęły. Oj, zaczęły! Kolejna noc… Tym razem na mojej macie zameldował się piękny karp golec. Mieliśmy kolejną dużą rybę, która ważyła ponad 15 kg! Jeszcze tej samej nocy na mojej macie wylądował kolejny grubasek o wadze 13 kg. Duża dawka emocji i radości. Po kilku dniach udało nam się troszkę rozszyfrować wodę, co początkowo wydawało się prawie niemożliwe. A zatem obserwacja wody i co za tym idzie zmiana miejsc przyniosły efekty. Do końca zasiadki udało się dołowić kilka mniejszych karpi z moich miejsc, a u Roberta pojawił się jeszcze jeden duży alpejski golec z wagą 17 kg. Wyniki były dla nas bardzo zadowalające. Duża, zupełnie nieznana nam woda, odkryła jednak przed nami kilka swoich tajemnic, z czego byłem bardzo zadowolony.

Piękna ryba, piękne krajobrazy - czego chcieć więcej?
Piękna ryba, piękne krajobrazy - czego chcieć więcej?

Alpejska wyprawa powoli dobiegała końca, ale nie sposób było, przejechawszy tyle kilometrów, nie zwiedzić okolic. Żądni kolejnych atrakcji odwiedziliśmy pobliską osadę Pierre-Châtel i lokalne górskie szczyty. Poza atrakcjami typowo karpiowymi podziwialiśmy wspaniałe górskie pejzaże. Zawitaliśmy do lokalnej francuskiej piekarni, by spróbować naturalnych wypieków. Odwiedziliśmy także miasto Grenoble, położone w malowniczej dolinie u podnóża francuskich Alp nad rzekami Drac i Isere, gdzie obowiązkowo, poza podziwianiem architektury miasta, przejechaliśmy się najstarszą na świecie kolejką linową na wzgórze, do pobliskiego Fortu de la Bastille zbudowanego w XVI w., skąd rozciągała się wspaniała panorama miasta. Warto, jeśli mamy taką możliwość, połączyć łowienie ze zwiedzaniem okolic. Jeśli jesteśmy ciekawi świata, to nie sposób nie wykorzystać takiej okazji.

Sprzęt w gotowości. Kto wie co skrywają te błękitne wody.
Sprzęt w gotowości. Kto wie co skrywają te błękitne wody.

Nasza francuska podroż i ten tydzień spędzony nad górskim jeziorem w alpejskiej dolinie to była niesamowita przygoda, połączona z wieloma pozytywnymi emocjami związanymi nie tylko z łowieniem karpi, ale i z klimatem, jaki tu panuje oraz nieskażoną przyrodą. Na takich wodach karpiarz czuje, że spełniają się jego marzenia. My z pewnością tu jeszcze wrócimy.

Zawsze z szacunkiem dla przeciwnika. Wspaniały karp zaraz odzyska wolność.
Zawsze z szacunkiem dla przeciwnika. Wspaniały karp zaraz odzyska wolność.

Ilość komentarzy: 3
lukasz Giec
2019-11-06 15:04:33
Super oby więcej takich przygód
Przemek Pająk
2019-11-06 19:43:19
Dzięki. W planam kolejne przygody.
Marcin Kaczmarek
2019-11-26 11:37:34
Petarda rozmażyć się można. Klasa.
Skomentuj