36 kg szczęścia z Lac du Der
36 kg szczęścia z Lac du Der

Przetłumacz:

Dawid Zimniak jest utalentowanym karpiarzem i feederowcem, który bardzo poważnie podchodzi do wędkarstwa. Ma na swoim koncie sporo sukcesów na naszym podwórku, ale ostatnio do listy jego osiągnięć doszło złowienie monstrualnych rozmiarów karpia na Lac du Der we Francji. Z Dawidem rozmawiał Marcin Kubiak.

Średnia ocen:

Jak rozpocząłeś przygodę z wędkowaniem i karpiowaniem?
Kartę mam od 2001 roku. Początki to klasycznie spławik, gruntówka z „policjantem” i sprężyną. Sprzęt był taki, na jaki pozwalały finanse młodego człowieka, ale z czasem zaczęły się pierwsze prace dorywcze, to i jakość sprzętu się poprawiła. Później zaczęła się przygoda ze spinningiem. W 2009 roku wygrałem zawody o mistrzostwo koła w kategorii junior. Zostałem zauważony przez jednego ze starszych wędkarzy, który zaproponował mi udział w kolejnych zawodach. Wtedy nastąpił przełom. Przez kolejne 3 lata praktycznie wygrywałem wszystkie zawody, czy to indywidualnie, czy w drużynie. W 2012 na zbiorniku Szałe poznałem kilka osób łowiących na duże kołowrotki, wywożących zestawy pontonem i od razu zapragnąłem tego spróbować. Sprzętu nie miałem odpowiedniego, a wiadomo, że wszystko kosztuje. Rozpocząłem pierwsze próby, bo poważnym karpiowaniem tego nie można było nazwać. Były niby jakieś brania, kontakty z rybą, ale wszystko nieskuteczne. Warto dodać, że na pierwszego karpia złowionego z kulki metodą karpiową czekałem prawie 3 lata! Łowisko było długo nęcone, ryba w pełni wypracowana i wielka euforia po złowieniu. I tak miłość do wędkarstwa karpiowego trwa do dziś.

Mapa Lac du Der. My łowiliśmy na południowym, mniejszym zbiorniku na stanowisku 26
Mapa Lac du Der. My łowiliśmy na południowym, mniejszym zbiorniku na stanowisku 26

Wiemy, że jesteś też znakomitym zawodnikiem feederowym. Którą metodę bardziej cenisz?
Osobiście nie rozgraniczam feedera i karpiarstwa na dwa odrębne rodzaje wędkowania. Jest to dla mnie po prostu wędkarstwo gruntowe i jego różne odmiany. Obie metody bardzo lubię i stosuję w zależności od łowiska i ilości czasu.

A jakie masz plany zawodnicze na przyszły rok?
W poprzednich latach bardzo dużo jeździłem na różnego rodzaju zawody karpiowe.

W przyszłym sezonie postanowiłem trochę odpuścić. Jedne zawody karpiowe na Gosławicach, jakiś wyjazd zagraniczny i to raczej wszystko. Nie chcę, by moje częste, kilkudniowe wyjazdy na zawody odbywały się kosztem domu i rodziny. Z drugiej strony nie wykluczam, że coś może wyjść „w praniu”.

Dla takich widoków warto przejechać pół Europy
Dla takich widoków warto przejechać pół Europy

Znamy się już trochę i wiem, że praktycznie, gdzie nie wystartujesz, to jeśli nie wygrywasz to zajmujesz świetne miejsce. Jest w tym odrobina szczęścia, czy tylko umiejętności?
Powiem tak, przez wyniki, jakie osiągam i to, co potrafię zrobić na zawodach u mnie w kole ludzie patrzą mi na ręce. Śmieją się nawet, że jakby mi wpuścić do kałuży żabę i rybę, to ja tę rybę i tak złowię. A tak serio, to szczęścia bym w to nie mieszał. Ja po prostu staram się na każdej wyprawie czegoś się uczyć, wyciągać wnioski, kalkulować, robić notatki. Dzięki temu wiem, na jakim łowisku w danym okresie, co się sprawdzało, a co nie. Jaki przypon, jaki haczyk był skuteczny. Przyznam, że mnie najwięcej wędkarstwa nauczyła rzeka. Rzeka to dużo bardziej wymagające łowisko niż woda stojąca. Moja miłość do rzeki bierze się też stąd, że właściwie nad rzeką się wychowałem.

Czy w przypadku zawodów feederowych masz już swój sprawdzony „towar”?
Tak. W przypadku zawodów mam swoją sprawdzoną grupę zanęt i glin. Mam już poukładane, co dodać, czego nie dodawać. Ile i jakich robaków dokładać. W domu przygotowuję bazę sypką, nigdy nie dodaję wody, bo zanęta nawet w otwartym wiadrze potrafi przez noc skisnąć. Zajeżdżając nad wodę, mam już wszystko pogrupowane – zanęta do łowienia i do nęcenia. Robaki do podawania wstępnego i do łowienia. Dodaję wody, sito i gotowe. Nie ma miejsca na przypadek.

A jak się odniesiesz do powiedzenia: „jak ryba bierze, to bierze na wszystko”?
Nie zgodzę się z tym. W wędkarstwie feederowym dobranie mieszanki zanętowej oraz dodatków, jak i przynęty, ma istotne znaczenie. Również w wędkarstwie karpiowym też nie ma „złotej” kulki. Ale czasem nawet najlepszej jakości przynęty nie chodzą. Dlatego bardzo ważne jest sprawdzenie dna. Nie jest sztuką wybrać sobie odległość i tam rzucać. Przykładowo siedzi nas trzech, każdy rzuca na mniej więcej ten sam dystans i w tym samym kierunku, używa tej samej zanęty i przynęty. Wszystko niby tak samo, a tylko jeden z nas wyciąga ryby. Dlatego trzeba założyć oliwkę, rzucić, policzyć, ile sekund opada na dno. I tak kilka razy na różnych dystansach. Nagle okazuje się, że np. na dystansie 20 m mamy zagłębienie. I teraz musimy podjąć decyzję, gdzie łowimy. Czy przed zagłębieniem, czy na pierwszym spadku, czy schodzimy głębiej. Ważne jest, żeby namierzyć korytarz, którym ryby się przemieszczają. Na początku wydaje się to trudne. Dla mnie są to lata spędzone nad wodą.

Jak na zasiadkę karpiową, to tylko w dobrym towarzystwie
Jak na zasiadkę karpiową, to tylko w dobrym towarzystwie

W jaki sposób poszerzasz wiedzę wędkarską?
Miałem okazję startować w dużych zawodach feederowych na Warcie i Odrze. Tam zawodnicy nic nie pozostawiają przypadkowi. Dużo czasu poświęcają na przygotowanie łowiska i wysondowanie dna. W tym roku udało mi się fajnie połowić i zająć dobre miejsca. W latach poprzednich natomiast wyniki były słabe. W zeszłym roku w jednych zawodach po pierwszej turze było bardzo kiepsko, drugą turę zacząłem, ale łowiłem tylko połowę czasu. Drugą połowę poświęciłem na chodzenie po stanowiskach, rozmowy z wędkarzami, podpatrywanie prowadzących zawodników i wyciąganie wniosków. Nabyta wiedza zaprocentowała w tym roku dużo lepszymi wynikami.

Co możesz powiedzieć o swoich ulubionych łowiskach. Wiemy, że kochasz rzeki, a wody stojące? PZW czy wody tzw. komercyjne?
Jeśli feeder, to, jak mówiłem, rzeka jest na pierwszym planie. Lubię też nasz lokalny zbiornik Szałe (Pokrzywnica) i czasem Murowaniec. Jeśli chodzi zaś o wędkarstwo karpiowe, to bardzo lubię łowić na Zalewie Rybnickim i w ciepłych kanałach konińskich. Jestem wędkarzem, dla którego sezon trwa cały rok. Uwielbiam karpiowanie zimą, gdy nad wodą jest już spokój, cisza, nie ma gapiów i owadów. Można się świetnie zrelaksować. Chociaż teraz ze względu na zmianę chłodzenia elektrowni zarówno Rybnik, jak i kanały konińskie powoli się kończą. W okolicy Rybnika ze względów ekologicznych, w imię walki ze smogiem, ciepła woda puszczana jest nie do jeziora, lecz do okolicznych domków jednorodzinnych, przez co nie muszą już palić w piecach. W efekcie zalew zamarzł, mimo że nie było wielkich mrozów. Podobnie dzieje się w Koninie, gdzie elektrownia przechodzi na chłodzenie azotem i zrzuty ciepłej wody są coraz rzadsze. Nie lubię za to komercji, zarówno tzw. kaczych dołków, jak i tych większych, gdzie wiadomo, że pływa 20 karpi o takiej wadze, 30 o takiej, 50 o takiej. Ja takie wody omijam. Co prawda czasem fajnie się na takiej wodzie pobawić i jak ja to mówię „odchamić”, ale zdecydowanie wolę wody PZW.

Karp 36 kg to na prawdę powód do dumy i radości
Karp 36 kg to na prawdę powód do dumy i radości

A jak twoje zagraniczne wyprawy i plany na przyszłość?
Tegoroczny wyjazd na Lac du Der był moim drugim w karierze zagranicznym wyjazdem na ryby. Jakieś 4 lata temu miałem przyjemność łowić na Rainbow Lake, też we Francji. Rainbow Lake można powiedzieć, że jest mekką karpiową. Wyjechaliśmy tam na dwutygodniowy turnus. Na Rainbow nie jedzie się po dużą ilość brań, a po kilka konkretnych. Nam udało się wypracować siedem brań, z czego na macie wylądowały cztery ryby. Ich waga wahała się od 13 do ponad 21 kg. W przyszłym roku również chciałbym udać się na Lac du Der, ale wciąż czekam na potwierdzenie rezerwacji. Ciężko tam ostatnio o miejsce. Z francuskich wód kusi mnie jeszcze zbiornik Cassiene, z tym że na tej trudnej wodzie nie można łowić w nocy, a także Lac d'Orient słynące z dużych ryb. Są to wody trochę przez Polaków zapomniane, nie słyszy się wiele o wyprawach na nie.
Myślałem też o Chorwacji, z tym że na najpopularniejszych zbiornikach stosuje się metody rzutowe, a to by wymagało ode mnie przekonfigurowania sprzętu o 180 stopni, ponieważ używam w większości krótkich wędek przeznaczonych do wywózki. Miałem też propozycje wyjazdów na Baly's Lake i Ecsed, ale jak wspomniałem wcześniej nie lubię łowić w „kaczych dołkach”, gdzie dokładnie wiesz, co pływa i czego możesz się spodziewać. Co z tego, że można tam zestaw wywieźć pontonem, skoro te wody są małe, mocno zarybione i złowienie nawet dużej sztuki aż tak nie cieszy jak wypracowanie karpia na dużej zaporówce.

Jeśli jesteśmy już przy zaporówkach, to może opowiedz nam trochę o zbiorniku Lac du Der?
Lac du Der składa się jakby z trzech zbiorników, zwanych we Francji bastionem. Jest ogromny główny zbiornik i dwa mniejsze – jeden na północy i drugi na południu, oddzielone od głównego akwenu betonowymi groblami. Woda praktycznie nie ma ze sobą połączenia. Jedynie w miesiącach wiosennych, gdy z gór spływa więcej wody, czasem przelewa się górą. My łowiliśmy na zbiorniku południowym, tzw. „małym Derze”. Z informacji, jakie uzyskałem od innych wędkarzy, wiem, że głębokość przy grobli dochodzi do 9 metrów. Główny zbiornik słynie z błota, a wahania poziomu wody są takie, że krążą opowieści o tym, iż wywozisz nocą zestaw, a w dzień okazuje się, że leży na ziemi i możesz do niego dojść. Z ciekawych historii można wspomnieć, że w głównym zbiorniku pływa karp pełnołuski zwany Moby Dickiem, którego waga podobno przekracza 42 kg! Niestety od kilku lat nie był widziany, więc chodzą słuchy, że już go nie ma. Jest tam jeszcze kilka ryb grubo przekraczających 30 kg.

Wahania poziomu wody na Lac du Der potrafią być znaczne
Wahania poziomu wody na Lac du Der potrafią być znaczne

Opowiedz nam w takim razie, jak wyglądała twoja tegoroczna wyprawa na Lac du Der, na której złowiłeś pięknego karpia o wadze 36 kg?
Witek Smolarczyk i Łukasz Walotek byli tam już wcześniej. Witek był tam czwarty albo piąty raz, ale dopiero po raz drugi połowił ryby. O tym, jak trudna to woda, może świadczyć to, że podczas jednego z wyjazdów spędził tam dwa tygodnie bez pika! Bardzo dużo dowiedziałem się od Witka. Bo to nie jest tak, że jedziemy i od razu łowimy. To są lata wypraw innych osób, rozmowy i wiedza pozyskiwana od dobrych ludzi. Dzięki temu wiemy, kiedy jechać, by mieć większe szanse na sukces, kiedy wahania wody są najmniejsze. Termin, który mieliśmy w tym roku, od 24.10 do 1.11, nie był przypadkowy, bo rok wcześniej Witek z Łukaszem połowili w tym okresie. Trafiła się okazja, by wyjechać, więc Witek przedzwonił do Michała Ochlika i do mnie. Szybko udało nam się zarezerwować miejsce 26, w miarę blisko miejsca chłopaków, którzy mieli 33. Przypadkiem okazało się, że na stanowisku 26 zmieniamy Polaków. Przez dwa tygodnie wyciągnęli około 30 ryb, z czego największa miała 18 kg. Wcześniej na tym stanowisku siedzieli Niemcy, którzy złowili około 40 sztuk, choć nie największych, a jeszcze wcześniej byli Anglicy. Ci ryb złowili mniej, za to większe. Rodacy doradzili nam najlepsze miejsca do wywiezienia zestawów. Ja po podróży byłem tak zmęczony, że zasypiałem na stojąco i nie bardzo docierały do mnie wskazówki. Jednak Michał namówił mnie, żeby jeszcze tego dnia oznaczyć miejsca. Popłynęliśmy, choć prawie przysnąłem przy silniku i rozstawiliśmy bojki przy rowach i spadach. Poszliśmy w końcu spać, a rano co? Okazało się, że spinningiści ukradli nam 8 bojek! Wszystkie wytypowane miejsca szlag trafił, żadnej bojki na wodzie! Nie pozostało nam jednak nic innego jak zabrać się od nowa do roboty i znaleźć obiecujące miejsca ponownie. Wytypowanie miejsc i wywiezienie 8 zestawów (na Lac du Der można łowić na 4 wędki na głowę) zajęło nam około 7 godzin. Pierwszej nocy Michał miał dwie ryby – 12 kg i 10 kg. Na kolejne ryby przyszło nam poczekać do trzeciej nocy, kiedy wyholowałem ryby 15 kg i 16 kg. Z 8 wędek „grały” nam jednak tylko 3. Po czterech dniach postanowiliśmy poprzewozić zestawy, które nie dawały znaku życia. Szukając nowego miejsca, trafiłem na pierwszy spad od 2 do 5 metrów, a później ściana prawie pionowo w górę. Ściana wychodziła na blat 1,3 m, a później, aż do trzcin, głębokość 90 cm. Postanowiłem położyć zestaw właśnie na tym blacie 1,3 m, licząc, że jest to korytarz, którym ryby się przemieszczają. I ta decyzja była strzałem w dziesiątkę. W niecały tydzień z tego miejsca mieliśmy ponad 20 ryb w przedziale 5-15 kg! W poszukiwaniu większych ryb wywoziliśmy zestawy na odległość około 500-550 m. I tam już trafiały się ryby 10+. Ja trafiłem osiemnastkę, Michał – trzynastkę. Nocka zapowiadała się na nieprzespaną. W pewnym momencie na jednej z wędek był delikatny pik i poszło 2-3 m do przodu, ale wszystko w zwolnionym tempie. Podniosłem kij bez większego przekonania. Na tym dystansie człowiek nie wie od razu, co ma na haku. Popłynęliśmy pontonem, a okazało się, że zestaw jest już zupełnie gdzie indziej. No i się zaczęło. Spędziliśmy na wodzie dobrą godzinę. Ryba zrobiła w końcu rundkę wokół pontonu, aż mnie obróciła. Poczułem tąpnięcie, później na powierzchni pojawiła się wielka bania powietrza i wyłoniła się ryba. Michał podebrał ją za pierwszym razem i rzekł, że to na pewno ryba ponad 30 kg. Nie chciałem mu wierzyć, dawałem jej góra 25. Całą drogę do brzegu kłóciliśmy się o to. Przypłynęliśmy do stanowiska, z bratnią pomocą przybyli nam niemieccy sąsiedzi. Wspólnie przełożyliśmy rybę do maty i slinga. Adrenalina buzowała we mnie, spojrzałem na rybę w świetle latarki i stwierdziłem: jest ogromna. Całą noc nie spałem, chyba 5 razy wychodziłem z namiotu i sprawdzałem worek, czy karp na pewno tam jest. Rano przypłynął Łukasz. Kiedy wspólnie braliśmy rybę do wagi, dosłownie leciały mi łzy szczęścia. Waga pokazała 36 kg! Spełniłem marzenia i pobiłem swój rekord życiowy o prawie 15 kg! Poprzedni wynosił 21,8 kg. Później wyszło jeszcze kilka ładnych ryb, ale ja łowiłem już na totalnym luzie.

Nawet jeśli odejmiemy niecałe 2 kg na worek to wskazanie wagi i tak oszałamiające!
Nawet jeśli odejmiemy niecałe 2 kg na worek to wskazanie wagi i tak oszałamiające!

To teraz, po takim kolosie, polskie ryby o wadze 15 czy 20 kg nie będą Cię już cieszyć?
Nie zgodzę się z tym. Każda ryba cieszy. Każdą rybę trzeba wypracować, poświęcić jej czas, energię. Jeśli ktoś mi powie, że ma na rozkładzie rybę 36 kg i przykładowo rybę 20 kg wypuszcza z podbieraka, bo to nie jest to, to takiej osobie powiem, że głupio robi. Żadnej ryby nie można dyskryminować. Złowienie ryby jest twoją zapłatą za pracę wykonaną w celu skłonienia jej do brania.

A możesz powiedzieć, na jakie kulki łowiłeś? Czy to może tajemnica?
Nie, nie jest to tajemnica. Kulki zrobił dla mnie Witek Smolarczyk z firmy Jet Fish. Były to kulki sweet scopex, które sprawdzały mu się bardzo dobrze już w zeszłym roku. Podsypywaliśmy właśnie squid scopexem i orzechem tygrysim. Wszystko w niewielkich ilościach, by uniknąć małych ryb. Za to Michał zamówił od Witka kulki, które w tym roku dały pierwsze miejsce na Mistrzostwach Polski – tzw. raka. I szczerze powiem, że największy karp wziął właśnie na tę mistrzowską kulkę – 24 mm kulka rak, podpięta brzoskwinią, też z Jet Fish'a. Oczywiście nie była to jedyna ryba wyholowana na tę kulkę.

Nawet po złowieniu giganta, mniejsze karpie także sprawiają radość
Nawet po złowieniu giganta, mniejsze karpie także sprawiają radość

Znamy już Twoje sukcesy, a może chciałbyś opowiedzieć nam o jakiejś porażce?
W tym roku za porażkę mogę uznać zajęcie dopiero trzeciego miejsca w pierwszych Mistrzostwach Koła Kalisz Miasto w dyscyplinie feeder. Wygruntowałem sobie łowisko na 50. metrze, ale gdy po pewnym czasie wiatr się zmienił, nie byłem w stanie dorzucić tam zestawu. Zerwałem prawie 10 koszyków, próbując. W końcu przestawiłem się na bliższą odległość, ale wysondowanie dna i podnęcenie zajęło na tyle dużo czasu, że nie zdążyłem już nadrobić wyniku. Za to w zeszłym roku na zawodach karpiowych w Gosławicach w jedną noc spadłem z pewnego pierwszego miejsca na czwarte. Bardzo mnie to rozczarowało. Każda wyprawa uczy pokory i musimy nauczyć się wyciągać wnioski z niepowodzeń.

Dziękujemy Dawidzie za rozmowę i życzymy kolejnych sukcesów. Chciałbyś coś jeszcze od siebie dodać?
Chciałem podziękować i pozdrowić osoby, dzięki którym mój wyjazd do Francji doszedł do skutku i okazał się takim sukcesem: Witka Smolarczyka, Łukasza Walotka i Michała Ochlika. Pozdrawiam też moich kolegów z koła PZW Kalisz Miasto.

Skomentuj