Gdy waga się obróci
Gdy waga się obróci

Przetłumacz:

Uważam, że swoista pogoń za wynikiem jest normalną i naturalną sprawą u każdego łowcy. Jedni nastawiają się na ilość złowionych ryb, inni chcą łowić te największe. Tylko co stanie się, gdy na naszym koncie zamelduje się już ten upragniony „konik”, przepraszam KOŃ?

Średnia ocen:

Jeszcze kilka lat temu osoba, która złowiła w Polsce karpia o masie 20 kg mogła się tym szczycić i traktować jako ogromny sukces. Obecnie mam wrażenie, że ta granica przesunęła się w okolice +25 kg, a to za sprawą zarówno coraz większego pogłowia dużych ryb, jak i przede wszystkim rosnącej popularności wód prywatnych. Dla porównania w Anglii karp o masie 40 lb (18,4 kg) jest już okazem, a Brytyjczyk, który przekroczy 50 lb (22,68 kg), jest już łowcą prawdziwego „konia”.

Wędkarskie podróże
Choć od kilku lat wędkarskie wyjazdy zagraniczne stały się bardzo popularne, to nie są one oczywiście czymś nowym. Jeszcze na przełomie lat 90. i pierwszej dekady XXI wieku polscy karpiarze wyjeżdżali do Francji czy Rumunii. Ja zaś jakieś 10-15 lat temu, z kolegą z ławy szkolnej, jedynie snułem plany na przyszłość i marzyłem o Ebro. Dzisiaj jest już zupełnie inaczej. Kilkanaście lat temu Ebro było synonimem dużych karpi i ogromnych sumów. Osobiście interesowały mnie te pierwsze, dlatego w głowie i z tyłu zeszytu miałem dokładnie rozplanowaną wyprawę na hiszpańskie potwory. Lata minęły, a wyprawy nie odbyłem. W każdym razie od tego czasu, jak grzyby po deszczu, zaczęły pojawiać się nowe łowiska, zarówno te prywatne, jak i klubowe czy związkowe, gdzie można pięknie połowić. I to o wiele bliżej.
Kilka lat temu na karpiowej mapie Europy pojawiły się Chorwacja, Bośnia i Węgry. Od tego czasu wielu polskich karpiarzy rokrocznie wyjeżdża na południe Europy w poszukiwaniu „ryby życia”. Miałem także przyjemność wędkować na dwóch chorwackich zbiornikach i wyholować życiówkę. Karp – golec o masie 34 kg, nie da się ukryć, że jest to wysoko postawiona poprzeczka, jednak muszę się wam przyznać, że nie mam jakiegoś specjalnego parcia na pobicie tego wyniku. Oczywiście chciałbym złowić jeszcze większą rybę, jednak wiem, że będzie to trudne.

Jestem bardzo zadowolony z tego okazu i zdaję sobie sprawę, że większego karpia mogę już w życiu nie złowić. Kiedyś półżartem usłyszałem od znajomych: „jak teraz będziesz jeździł na nasze wody”? W pewnym sensie im właśnie chciałbym zadedykować ten tekst.

Zestawy w wodzie, ale nigdy nie wiemy co się "zahaczy". Może to tym razem weźmie prawdziwy okaz?
Zestawy w wodzie, ale nigdy nie wiemy co się "zahaczy". Może to tym razem weźmie prawdziwy okaz?

Różne wody, różne ryby
Nie chcę tutaj przywoływać oklepanego powiedzenia wielu karpiarzy, które jest powtarzane jak mantra: „cieszy mnie każda ryba, i ta mała, i ta duża”. Powiem inaczej. Każda ryba jest inna i inaczej smakuje sukces z różnych wód. Wypad na Zajarki był moim pierwszym wędkowaniem w tym zbiorniku. Choć byłem tam już wcześniej, to tylko w roli sędziego na zawodach. W drodze na łowisko myślałem „złowić cokolwiek” – plan minimum, złowić „+10”, „+15”, może uda się dwudziestkę. Choć miałem z tyłu głowy, że pływają tam i trzydziestki, i co najmniej dwie czterdziestki, to o nich nawet nie marzyłem. Udało się! Wróciłem do domu i chwilę później miałem okazję sędziować i zarazem kilka dni łowić w Gosławicach. Kolega mając świadomość, co tam pływa, śmiał się, że dwie trzydziestki w rok to już byłaby przesada. Nie złowiłem oczywiście wówczas takiej ryby, ale dużo mniejszą – 13 kg, ale na tym bezrybiu, jakie wówczas panowało, to i tak było coś. Do czego jednak zmierzam? Każda woda ma swój rybostan, swój potencjał, a my nastawiamy się na ryby, które tam pływają. Wiem, że jeśli pojadę znowu do Chorwacji, to każde branie może zakończyć się zarówno dychą, jak i czterdziestką. Natomiast jadąc nad „moją” lokalną wodę PZW, cieszę się jak dziecko, gdy wydłubię 10-kilogramową rybę. Po prostu jest ich tam jak na lekarstwo. W ubiegłym roku wspólnie z bratem i kolegą zaplanowaliśmy 3-dniową zasiadkę. Pierwszą dobę spędziliśmy we dwóch z Wojtkiem. Długo rozmawialiśmy na temat dużych ryb, pogoni za okazami itp. Następnego dnia stało się coś, czego nie doczekałem się przez 15 lat, jak łowię w tym zbiorniku karpie. Środek dnia, ostry odjazd i piękny hol amura, w którego istnienie w tej wodzie już nie wierzyłem. Ryba miała równo 20 kg. Ktoś może powiedzieć kolos, inny powie średniak, a jeszcze inni nazwą go małym. Dla mnie życiówka, a z tej wody to radocha niczym z rekordu świata. Porównywalna do chorwackiego golca, a może nawet większa.
Dlatego też nie potrafię słuchać wypowiedzi typu „dla mnie karp zaczyna się od 15, 20 kg (sami podstawcie liczbę), mniejsze wypuszczam z podbieraka”. Jasne, nie mówię, że mamy zachwycać się 3-kilogramową zarybieniówką, ale czasami warto nie patrzeć tylko na rozmiar ryby. W ubiegłym roku podczas jednej z zasiadek kolega złowił pięknego pełnołuskiego, okrągłego karpia. Można powiedzieć „złota piłka”. Pierwsze moje słowa „jaki ładny”, natomiast jego „ale mały”. No mały, prawda, ale sądzę, że za kilka lat będzie naprawdę ciekawym okazem, a i modelem do zdjęć.

Pierwszy karp z komercyjnej wody
Pierwszy karp z komercyjnej wody

PZW a woda prywatna
Kolejna sprawa to łowiska prywatne. Można im poświęcić nie oddzielny artykuł, ale kilkutomową książkę. Praktycznie od powstania zbiorników prywatnych w Polsce trwa wojna pomiędzy ich zwolennikami a osobami wiernymi PZW. O, przepraszam, „dzikim wodom”. Kilka lat temu opisałem humorystyczną, zmyśloną zasiadkę nad „dziką wodą”, gdzie żyją dzikie karpie. (Tekst nadal jeszcze można znaleźć w sieci.) Do czego jednak zmierzam? Wędkuję i na jednych, i na drugich wodach. Był okres, kiedy przez 3-4 lata więcej czasu spędzałem na łowiskach prywatnych niż PZW. Jednak powoli mi się znudziły. Fajnie jest jechać na ryby i złowić ich sporo. Przy czym, jeśli w ciągu 48-godzinnej zasiadki holuję piętnastego karpia „z jednego rocznika”, to radocha jest już mniejsza. Ok, pojechałem, pobawiłem się, naładowałem zszargane przez wodę związkową nerwy. Tyle. Na dłuższą metę jest to mało atrakcyjne i te ryby po prostu przestają cieszyć. Dlatego, gdy czytam płomienne relacje o mrożącej krew w żyłach zasiadce, podczas której karpiarz X rozpracował „starą żwirkę”, a wiem dokładnie, o którą żwirkę chodzi, to budzi to we mnie śmiech. Niech każdy łowi, gdzie chce i ile chce, ale czasami weźmy pod uwagę trochę uczciwości i miejmy na uwadze, że w czasach internetu wszystko można szybko sprawdzić i ryby porównać. Kiedyś na łamach „Świata Karpia” opublikowałem felieton pod tytułem „Tatarak jest wszędzie taki sam”. Podtrzymuję to stwierdzenie. Tło zawsze można wybrać neutralne, jednak ryby się szybko powtarzają, zwłaszcza na wodach prywatnych.
Kończąc ten wątek, chciałbym stanąć również w obronie niektórych łowisk prywatnych, ponieważ kilka z nich naprawdę dało mi solidną szkołę karpiowania i tę wiedzę wykorzystuję dzisiaj na wodach związkowych, a na te „komercje” chętnie jeszcze wrócę. Po prostu nie każda woda prywatna to przysłowiowy „burdel”.

Są wody gdzie można nęcić punktowo, ale są i takie gdzie nie obędziemy się bez większej ilości spożywki
Są wody gdzie można nęcić punktowo, ale są i takie gdzie nie obędziemy się bez większej ilości spożywki

Długo zastanawiałem się nad tytułem i pierwszym akapitem tego artykułu. Na początku miał się nazywać „Czy rozmiar zawsze ma znaczenie?”, później „Złapać życiówkę i co dalej?”, aż w końcu stanęło na „Gdy waga się obróci”. Sami wybierzcie, który wam najbardziej pasuje. Przede wszystkich chciałem przedstawić swój punkt widzenia na temat łowienia dużych ryb oraz deprecjonowania roli tych mniejszych. Musimy pamiętać o jednym: ryby nie będą rosły w nieskończoność. W pewnym momencie będziemy mieli już „konia nad konie”. I co wtedy? Chyba pozostanie zmienić hobby… lub cieszyć się tymi mniejszymi.

Bo najważniejsze to umieć się cieszyć każdą złowioną rybą. To jest najpiękniejsze w naszym hobby!
Bo najważniejsze to umieć się cieszyć każdą złowioną rybą. To jest najpiękniejsze w naszym hobby!

Skomentuj