Śledztwo podczas zasiadki - Cz. II Seks, klub i wskaźnik brań
Śledztwo podczas zasiadki - Cz. II Seks, klub i wskaźnik brań

Przetłumacz:

W poprzedniej części aspirant Adam Fort na prośbę właściciela łowiska zgodził się pomóc w ustaleniu okoliczności zniknięcia niemal czterdziestokilowego karpia. Wstępne oględziny ogrodzonego terenu oraz pierwsze kontakty z klientami łowiska tj. studentami i lekarzem Stugarkiem nie przyniosły przełomu. Obok wanny, w której pływała zguba policjant zauważył tylko listek leku oraz grudki ziemi. Tymczasem córka właściciela zaczęła podważać kompetencje Forta na podstawie niezbyt schludnego ubioru detektywa.

Aspirant odruchowo sięgnął po Fajranty. W międzyczasie spojrzał na właściciela, który aby zdystansować się od słów córki zakrył dłonią oczy. Jakby tego mało Adam nie mógł wyciągnąć zapalniczki z kieszeni. Podwinęła się pod materiał i za nic nie chciała wyjść. W końcu wciekły i sfrustrowany wypalił:
- Słuchaj panienko. Nie pomyślałaś o jednym.
- O czym? - spytała dziewczyna, nieco zaskoczona mało przyjemnym tonem gliniarza.
- Czas, który pedanci i próżne panienki, jak ty tracą na prasowanie stroju, dobieranie kolorów i machanie grzebieniem inni mogą poświęcić na śledztwo.
- Nie sztuką jest robić coś dłużej. Liczy się jakość. A pana wygląd nie daje nadziei na sukces.
- A co daje?
- Zwykła schludność.
- Rozumiem, że panienka byłaby zadowolona gdybym następnym razem przyjechał na ryby we fraku? - zapytał Fort kpiąco – po czym niemal czerwony na twarzy wypalił - Puknij się w pustą łepetynę.
- Sam się puknij, żulu! - krzyknęła dziewczyna i pobiegła do domu.
Adamowi zrobiło się jakby cieplej, przynajmniej na czerwonej ze złości twarzy. Pochmurnym spojrzeniem gapił się, kiedy kobieta o zbyt ciętym jeżyku i w sam raz zgrabnych nogach oddalała się z gracją pędzącej po sawannie żyrafy. Jednak po chwili stwierdził, że bardziej adekwatne byłoby porównanie ze światem owadów. Na przykład. zieloną, jak jej podkoszulka modliszką.
Początek drogi na stanowisko lekarza minął szybko. Fort szedł wkurzony i jakby nieobecny. Chwilę później przyszła refleksja. Pokręcił z niedowierzaniem głową. Przecież nie był cholerykiem, a dał się sprowokować tej przemądrzałej paniusi niczym wygłodniały szczupak rzucającemu wobler spinningiście czy byk torreadorowi. On - policjant, który zawsze trzymał nerwy na wodzy.
Mijał puste stanowiska. Zamiast śladów czy karpiarzy spotykał motyle. Okazały i piękny niczym latające malowidło paź królowej prawie wpadł mu na głowę. Spod nóg wyskakiwały pasikoniki i jaszczurki zwinki. Słychać było rechot żab. Zamyślony minął szesnastkę o dobre kilkanaście kroków. Walnął się w czoło w geście dezaprobaty dla rozkojarzenia, zawrócił i szybko stanął przed namiotem.

Mijał puste stanowiska... słychać było tylko rechot żab...
Mijał puste stanowiska... słychać było tylko rechot żab...

- Witam ponownie.
- Strzała - odpowiedział lekarz, powoli kończąc palomar ze zgniłobrązowej plecionki.
Strugarek odłożył przypon i podniósł się z krzesła. Dopiero teraz Fort zauważył, że doktor jest przystojny, ale dość nikczemnego wzrostu. Nagle coś błysnęło na wysokości prawego nadgarstka Strugarka. Zdziwiony aspirant spojrzał pytająco na ekran elektronicznego zegarka w kształcie sześciokąta. Pulsowały na nim trzy figury graficzne przypominające ryby.
- Japoński wynalazek - wyjaśnił doktor . - Wskaźnik gotowości ryb do żerowania
- ??? - Adam zmarszczył czoło.
- Bierze pod uwagę fazy księżyca i ciśnienie. Teoretycznie im więcej rybek na ekranie, tym większa szansa na branie.
- I niby to działa?
- A wie pan, że z reguły tak.
-.A dlaczego ma pan to na prawej ręce?
- Bo krzak dzikiej róży zaatakował moją lewicę. - Strugarek pokazał kilka podłużnych strupów nad lewą dłonią.
Wtedy aspirant wyjął z kieszeni listek leku i uniósł go do góry.
- Wie pan co to?
- Lek na nadczynność tarczycy.
- Zauważył pan objawy tej choroby wśród łowiących?
Lekarz pokręcił głową:
- Podobnie, jak pan nie jestem tu służbowo.
Na dźwięk tych słów Fort uśmiechnął się tylko ironicznie.
- Mogę tylko powiedzieć, że tarczyca to zazwyczaj problem kobiet...
Adam zamyślił się. Po chwili przypomniał sobie, gdzie szukać kobiety. Zrobił krok w kierunku stanowiska studentów i zatrzymał się. Zdał sobie sprawę, że zapomniał najważniejszego:
- Zauważył pan coś dziwnego między 22-gą , a siódmą?
- Czyli?
- Jakiś warkot silnika samochodu, zaniepokojenie psa, zamieszanie od strony wanny. Cokolwiek,..
- Nie brały, więc spałem, jak niemowlę.
Wtem usłyszeli głośny plusk, a w niecałą sekundę potem drugi, ledwo słyszalny. Lekarz znacząco podniósł dłoń do góry i spytał:
- Słyszał Pan?!
- Ciężarek wpadł do wody. - wzruszył ramionami Fort.
- A chwilę później przynęta.
- Spadła z włosa?
- Raczej Karoń znowu sięgnął po Ziga.
- Łowi pan w toni?
Strugarek pokręcił przecząco głową, po czym dodał:
- Za trudne technicznie. Dorwałem dwie rybki koło dyszki. Jednak splątań i spinek było od cholery. Od kilku lat nie zabieram już zestawu. A pan?
- Nigdy nie miałem, ale podobno można dorwać karpie, które z jakichś powodów omijają dno przy żerowaniu.
- Pytanie, jakim kosztem i czy aby Ziguś nie przeszkadza tym co łowią przy dnie? Niestety nie wszystkim takie dylematy wpadają między uszy.

Na 15-stce nigdzie nie było widać pary studentów...
Na 15-stce nigdzie nie było widać pary studentów...

Na piętnastce Fort rozejrzał się niepewnie. Wędki oparte były na podpórkach, a składany podbierak leżał między mokrą matą i leżakiem. Nagle dobiegły do Forta dziwne odgłosy od strony namiotu. Podszedł do wejścia i z niemałym trudem kucnął. Następnie odsunął przedni panel i zajrzał do środka. Zielona narzuta na karpiowym łóżku, spod której wychodziły skrawki blond włosów ruszała się rytmicznie, a sprężyny skrzypiały metalicznie. Adam chrząknął i po chwili ujrzał spoconą twarz młodego człowieka. Wtedy pomyślał, że najlepszym wyjściem z tej krępującej sytuacji będzie przybranie możliwie oficjalnego tonu:
- Aspirant Fort , policja. Możecie wyjść na zewnątrz?
Adam lakonicznie nakreślił problem z wielkim karpiem w wannie. Następnie spojrzał badawczo na chłopaka. Szczupła sylwetka, ciemna, kędzierzawa czupryna, niebieskie oczy o łagodnym spojrzeniu i nieśmiały uśmiech czyniły z niego na pierwszy oka typowego ulubieńca teściowej. Jednak wcale nie uspokoiło to Forta. Jako policjant wiedział, że wzbudzająca zaufanie aparycja bywa skutecznym narzędziem i parawanem dla przestępstw, a nawet zbrodni. Tymczasem dziewczyna sprawiała wrażenie wyraźnie zmieszanej. Wbiła wzrok w ziemię, tak że blond włosy prawie zasłoniły oczy z zielonymi niczym szmaragd tęczówkami. Najwyraźniej wtargnięcie policjanta do namiotu, nadal ją krępowało. Dlatego Adam przerwał niezręczną ciszę:
- Skąd jesteście?
- Nazywam się Michał Niedziela, a to Ola Białek. Studiujemy na UAM ekonomię.
- Często tu bywacie?
- Ja drugi raz, Ola pierwszy.
- Czy ktoś z was choruje na coś przewlekłego?
- W naszym wieku, no co pan?
- A ty?
- Nie. - odpowiedziała Ola niepewnie.
- A czy ktoś z waszych bliskich, znajomych ma łowisko czy restaurację?
- Skąd to pytanie?! - krzyknął brunet, a na jego twarzy pojawiła się zaciętość. - Pracowałem za barem dwa tygodnie, żeby odłożyć na deepera i porządny podbierak...
- Gratuluję - przerwał młodzieńcowi Fort spokojnym, acz stanowczym głosem - Ale ja też mam swoją pracę. Odpowiedz na pytanie.
- Nie mam żadnych znajomych i bliskich w tych branżach.
- Ja też nie - wzruszyła ramionami Ola. Jednak po chwili jej wzrok wyraźnie się ożywił - Goście z klubu karpiowego ciągle chwalą łowisko pod Gnieznem. O właścicielach mówią tak, jakby ich dobrze znali.
- Które stanowisko?
Ola spojrzała pytająco na partnera. Michał podrapał się po czuprynie, po czym dodał:
- No z kilka za panem, chyba ósemka
- Ok dzięki.

Na czternastce czyli stanowisku z najlepszym sprzętem aspirant zdążył zobaczyć czubek łysej głowy, po czym wejście do namiotu zostało zasunięte. Trzynastka była pusta. Na swojej dwunastce Adam sprawdził wędki. Rytualnie dotknął hangery i poszedł dalej. Jego miejscówkę od jedenastki oddzielał długi pas trzcin. Tam jednak również nie było żadnych karpiarzy. Widocznie przeszkadzało im błoto między miejscem biwakowania, a brzegiem. Trudno się dziwić. Podczas brania w nocy, kiedy pod wpływem adrenaliny karpiarz gubi ostrożność, można tu wywinąć niezłe salto. Wtem Fort poczuł podmuch wiatru na twarzy. Odniósł wrażenie, że szum liści i trzcin oraz bicie fal o brzeg zagłuszają odgłos rozmowy. Tym razem się nie mylił. Kiedy przestało wiać do uszu policjanta trafił stek przekleństw, od czasu do czasu przerywany głośnym śmiechem.

Piwo i czipsy - mała biba nad wodą...
Piwo i czipsy - mała biba nad wodą...

Z każdym krokiem odgłosy tej małej biby stawały się coraz głośniejsze. Wreszcie doszedł. Od razu dostrzegł wbity w ziemię kij, do którego przykręcono białą tabliczkę z namalowaną na czarno ósemką. Dwóch karpiarzy siedziało przy małym stoliczku. Obaj miel na sobie czarne koszulki z czerwoną rybą i białym napisem: „Chojnowski Klub Karpiowy”. Na stoliku stało kilka puszek piwa oraz chipsy. Fort zauważył, że alkohol zdążył zrobić swoje. Karpiarze mieli mętny i tępawy wzrok, czerwone lica, a głosy wysokie oraz zbyt donośne.
- Mówię ci prawie 180 kilo ryby w dwa dni. - wykrzyczał mniejszy osobnik tj. młody szatyn z niezbyt bujną czupryną i szaroniebieskimi oczkami, który na czole miał jeszcze latarkę na gumce.
- Ja 122 kg. - powiedział spokojniejszy, większy i grubszy.
- W Gwiezdniku to można połowić - pokiwał głową mniejszy. Kiedy zobaczyli Forta na chwilę umilkli.
- Biorą? - zaczął konwencjonalnie Adam.
- Tu nie ma ryby... - wykrzyczał mniejszy
- Są, co najwyżej strajkują. - powiedział spokojnie Fort - Blondi wyciągnęła w nocy dwunastkę.
W reakcji na te słowa mniejszy klubowicz, jakby się zapowietrzył, po czym niezwykle szybko wyrzucił z siebie:
- Jak byłem w Jarkach dorwałem dwudziestkę .Ostatnio w Gwiezdniku na metodę wyciągnąłem 180 kilo ryby w dwa dni.
- Ale tutaj macie ciszę, a dziewczyna dwunastkę.

...ale dziewczyna złowiła 12-stkę, a u was cisza...
...ale dziewczyna złowiła 12-stkę, a u was cisza...

Ostatnia uwaga Forta zmieniła oblicze mniejszego klubowicza. Nozdrza zaczęły pulsować, lica napełniać jeszcze bardziej intensywną czerwienią, a spojrzenie burzową aurą. Zauważył to grubszy klubowicz. Położył koledze dłoń na ramieniu i powiedział spokojnie:
- Radek uspokój się.
- Spadaj Rysiu, - powiedział mniejszy ,zdecydowanym ruchem ściągnął z siebie dłoń towarzysza i zwrócił do aspiranta. - Czego chcesz?
- Jestem gliną. Właściciel poprosił mnie, żebym zbadał zniknięcie karpiszona z wanny.
- To on zniknął.? - powiedział grubszy.
- A taki był ładny, amerykański - przytoczył z uśmiechem cytat z „Samych Swoich” mniejszy klubowicz. Po chwili znowu spochmurniał . - Szkoda. Myślałem, że dorwę gada.
- Kręciliście się dziś w nocy wokół wanny?
- Po grzyba. Widzisz, że mamy tu co robić. - powiedział mniejszy facet, którego twarz powoli traciła zacięty wyraz.
- Ktoś z was choruje?
- Tak. Radek alkoholik - odpowiedział mniejszy klubowicz kpiąco i przelał do gardła kolejną porcję piwa. Na twarzy aspiranta pojawiło się już zniechęcenie. Jednak wtedy Ryszard dodał:
- Radek przecież masz nadczynność tarczycy.
Mniejszy klubowicz spojrzał na kolegę z wyrzutem, wytarł o sweter pianę z ust i wycedził:
- A co chorować nawet nie wolno, kurna mać?
- Wolno. Ale ten listek leżał akurat obok wanny, a was przecież tam nie było.
- Przyszedłem zobaczyć rybkę w dzień. - powiedział Radek
- I z wrażenia zgubiłeś leki? - kpiąco spytał Fort lustrując rozmówcę badawczo.
- Najwidoczniej.
- Podobno wasz klub wspiera jakieś łowisko?
- Gwiezdnik pod Gnieznem. - odpowiedział grubszy
- Prowadzi je mój szwagier - odpowiedział mniejszy.
- Przydałby się tam większy karp, co? Najlepiej czterdziestokilowy.
- Po co? - odpowiedział hardo Radek i skinął głową w kierunku siedziby właściciela - Przecież szef sfotografował tą czterdziestkę ze wszystkich stron. Jakby w pismach ukazało się zdjęcie ryby na tle innego łowiska od razu kradzież wyszłaby na jaw.
Fort spojrzał na klubowiczów bez słowa. Pierwszy raz pomyślał sobie o nich z uznaniem. Mimo, ze faza wstawienia alkoholem zdawała się być dawno za nimi główkowali rozsądnie. Mogli mieć jednak inny motyw kradzieży
- Ma ktoś z was prywatny staw?
- A skąd. Mieszkamy w blokach. - odpowiedział grubszy.
- Co innego Sławek - powiedział Radek nieco łamiącą się pod wpływem alkoholu polszczyzną - Ma prawdziwe rancho.
- Kto?
- Ten łysy szpaner z czternastki.

Skomentuj