Prawdziwe oblicze (nie)łowienia karpi
Prawdziwe oblicze (nie)łowienia karpi

Przetłumacz:

Tytuł tego tekstu nie jest przypadkowy. Otóż tak się sprawa ma, że karpie nie zawsze się łowi, natomiast zawsze się wypuszcza. To fakt i żelazna zależność, po której poznacie prawdziwego karpiarza-pasjonata.

Rozwijając kwestię tytułu tego artykułu, czyli łowienia karpi, należy zauważyć, że w dzisiejszych czasach większość złowionych dużych ryb fotografujemy, a nasze zdjęcie często trafia na łamy portali społecznościowych i do wszelkich mediów. Piękna fotografia, którą lubimy podziwiać, to zazwyczaj (z małymi wyjątkami) wynik wielodniowych karpiowych sesji, okupionych sporymi inwestycjami, wytężoną pracą i niejednokrotnie przebytymi już kilkoma zasiadkami o przysłowiowym „kiju”. Czasem jest to wynik szybkiej sesji weekendowej na wodzie, którą znamy i odwiedzamy od lat i wiemy już o niej wszystko, co przekłada się na szybszy efekt. Ale nie zawsze łowi się wielkie karpie, bardzo często tydzień zasiadki bez ryby na macie to norma i standard. Początkujący karpiarz, czy też osoba, która chce zacząć przygodę z wędkarstwem karpiowym, musi sobie zdać z tego sprawę. Dlaczego o tym piszę? Otóż skłoniła mnie do napisania tego tematu sytuacja, a nawet kilka sytuacji, jakich byłem świadkiem, a także własne doświadczenia.

Karpiowy minimalizm
Karpiowy minimalizm

W dzisiejszych czasach bardzo popularne stało się publikowanie wszystkiego, co dotyczy naszej sfery czy to prywatnej czy publicznej, we wszelkich mediach społecznościowych. Oczywiście nie ma w tym nic złego, każdy robi to, co uważa za stosowne. Osobiście, unikam publikacji informacji na temat mojego prywatnego życia (nie)karpiarza w mediach, ale już moja sfera karpiowa jak najbardziej ukazuje się na łamach portali z racji mojej pracy w branży wędkarskiej. Wracając jednak do sedna, czyli publikacji setek zdjęć dziennie z rybami na profilach społecznościowych przez karpiarzy, co jest sposobem na pokazanie swojej zdobyczy i pochwalenie się efektem naszej mniej lub bardziej wytężonej pracy, stwierdzam, że miło i przyjemne jest pooglądać fotki pięknych karpi. Nic w tym złego. Takich zdjęć z okazami ukazuje się dziennie setki. Zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić. Patrząc na to, wydawać by się mogło, że łowienie wielkich okazów karpi czy amurów to bardzo prosta sprawa, przecież ciągle ktoś coś publikuje, ciągle ktoś coś łowi. Jesteśmy wręcz bombardowani informacjami o kolejnych rekordach z kolejnych wód. Zainteresowanym łowieniem karpi cięgle te obrazki wpadają w oko i pobudzają ich apetyt na „zostanie karpiarzem”, firmy produkujące sprzęt karpiowy dodatkowo podkręcają temat. Jaki to ma efekt? Ktoś może powierzchownie stwierdzić, że łowienie karpi jest banalnie proste! I właśnie takie opinie czasem słyszałem od wędkarzy, którzy dopiero chcą zacząć karpiować lub od tych, co spoglądają na to z boku. Niestety, nic bardziej mylnego. W całej tej subkulturze medialnej nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że to oddziałuje na nasze emocje, szczególnie na osoby raczkujące w temacie karpiowej specjalizacji.

Sprzęt pomaga, ale nie jest najważniejszy
Sprzęt pomaga, ale nie jest najważniejszy

Wielu młodych wędkarzy strasznie „napala się” na to, rzucą w kąt wszelkie spławiki i będą łowić tylko duże karpie i brną w potężne wydatki, aby szybko skompletować najmodniejszy sprzęt i ruszyć z przytupem i aparatem nad wodę, bo przecież chcą łowić okazy natychmiast i szybko publikować swoje zdjęcia na portalach. To jest dla nich cel sam w sobie! To niestety nie jest wędkarstwo karpiowe – tak się nie łowi karpi, tak się wpada we frustrację. Media, lekko mówiąc, zakrzywiają rzeczywistość. Oczywiście nie ma nic złego w tym, jeśli ktoś chce rozpocząć karpiową przygodę i kompletuje sprzęt, ale to, jak niektórzy do tego podchodzą, to już kwestia dyskusyjna, a często kontrowersyjna. Wędkarstwo karpiowe stało się bardzo popularne. Ta popularyzacja sprawiła, że widok karpiarza z namiotem, pontonem czy modelem RC nikogo nad brzegiem jeziora już nie dziwi i choć pamiętam czasy, kiedy patrzono na mnie jak na przybysza z obcej planety, to te czasy już dawno minęły i nigdy nie wrócą. Teraz każdy, bez najmniejszego problemu zakupi wszystko, co niezbędne, czy często zupełnie zbędne do łowienia ryb, ruszy nad wodę i może zacząć łowić. No i tutaj zaczynają się pewne komplikacje! Z całym szacunkiem, ale…niestety nie każdy obkupiony i obładowany sprzętem karpiowym zostanie karpiarzem. Okazuje się, że „z tym łowieniem jest coś nie tak, przecież kupiłem najlepszy sprzęt, mam najlepszego rod poda, a karpi dalej nie widziałem na swojej nowej, jakże drogiej, karpiowej macie. Siedzę już całe dwa dni(!) nad wodą…wsypałem do wody taczkę najlepszych kulek na świecie, a moje najnowsze sygnalizatory nie zagrały, co jest nie tak, gdzie te karpie?!” Powtórzę się – to nie jest takie proste i nie tędy droga do zostania karpiarzem.

Rekordy są dla nas, a nie odwrotnie. Nie dajmy się zwariować!
Rekordy są dla nas, a nie odwrotnie. Nie dajmy się zwariować!

Co mogę podpowiedzieć tym, którzy zaczynają tę przygodę? Wędkarstwo karpiowe wymaga cierpliwości, a regularne, nieprzypadkowe łowienie dużych ryb, wymaga wiedzy o środowisku wodnym, zamiłowaniu do odkrywania podwodnego świata i od tego powinniśmy zaczynać. Sprzęt to dodatek ułatwiający, ale ten sprzęt trzeba umieć wykorzystać. Do tego potrzebna jest wiedza, a wiedzę zdobywa się latami. Wędkarstwo karpiowe wymaga czasu, czasu na znalezienie miejsca, czasu na przygotowanie łowiska, czasu na pierwsze branie. Nie przyspieszymy tego na siłę. Łowiska komercyjne, szczególnie te bardzo gęsto obsadzone stanowiskami, gdzie nie jesteśmy w stanie łowić tam, gdzie chcemy, a tam gdzie wyznaczają nam to bojki lub blisko zarzucone zestawy sąsiada, gdzie nie mamy żadnego wpływu na branie, poza tym, że czekamy - także nie pomagają, raczej zabijają prawdziwe tropienie okazów, które daje nam wiedzę i rozwój. Nie chcę tutaj wrzucać każdej prywatnej wody do jednego worka, bo istnieją zasadnicze różnice i sam często odwiedzam prywatne, świetnie zorganizowane wody, jednak ten temat jest o wiele bardziej złożony i opisywałem go w innym artykule. Wracając do sedna tematu - nie zaczynajmy swojej przygody z karpiami od kupowania najdroższego sprzętu, bo okazać się może, że już po pierwszym sezonie nasz cały sprzęt trafi na aukcje internetowe w stylu „sprzedam kompletny sprzęt karpiowy” a my będziemy zawiedzeni i zniechęceni…czyż tak już nie jest? W sieci pełno ogłoszeń o sprzedaży kompletów. Trend powoduje, że wielu chce, ale niewielu wie o co w tym naprawdę chodzi, a tak naprawdę garstka zostanie prawdziwymi karpiarzami z pasji i zamiłowania, nie z przemijającej mody. Sztuką jest tylko zauważyć tę subtelną różnicę i właściwie zdecydować. Pamiętajmy, że łowienie karpi to pokora, sam czasem wracam do domu o przysłowiowym kiju. Przykładem tego jest mój tegoroczny ponowny wyjazd do Francji, gdzie w przepięknej scenerii przesiedziałem tydzień bez brania - czy to mnie zraża? Nie! To mnie motywuje, już za rok ponownie stawię się nad tą samą wodą i ponownie zawalczę o branie. W tej pasji cierpliwość to droga do sukcesu, świat goni, trendy się zmieniają, więc nieliczni pójdą tą drogą. Dla wielu karpie to jednoroczna przygoda, niestety na własne życzenie. No cóż, chyba tak chyba musi być.

Nie zawsze łowimy okazy
Nie zawsze łowimy okazy

Zdaje sobie sprawę, że dzisiejszy świat prze do przodu i nastał czas konsumpcjonizmu, ale marzy mi się, by globalnie ta pasja nie była tylko chwilową modą, bo w ten sposób strasznie traci na wartości. Karpiarz to zawsze był synonim głębokiego wtajemniczenia, oby tak pozostało. Życzę sobie i Wam, aby ta pasja karpiowa została naszą ostoją spokoju, zrzeszała pozytywnych ludzi i była wyznacznikiem czegoś wyjątkowego, sposobem na kontakt z otaczającą przyrodą z wielkim zamiłowaniem do jednego gatunku ryb, do karpi!

Zwieńczenie tygodnia bez brania
Zwieńczenie tygodnia bez brania

Skomentuj