Spełniając marzenia
Spełniając marzenia

Przetłumacz:

Długo zastanawiałem się co napisać na temat wyjazdu do Francji na najsłynniejszą wodę karpiową, czyli Lac De Curton - Rainbow Lake. Burza emocji, głowa jeszcze nie ochłonęła. a ja dalej myślami tam jestem. Zacznijmy zatem od najważniejszego, czyli przygotowania do wyjazdu.

Średnia ocen:

Przygotowanie sprzętu
Na taki wyjazd szykowałem się dość długo, a to dlatego, że chciałem mieć wszystko zapięte na ostatni guzik. Dziesiątki godzin spędzonych na analizach materiałów filmowych z tego magicznego jeziora z pewnością ukierunkowało mnie, co ze sobą wziąć, a czego nie. W moim przypadku raczej zawsze jest to pierwsze czyli biorę więcej niż potrzeba.

Może to potwierdzić kompan mojej wyprawy. Ale przejdźmy do szczegółów. Pierwszy element to wędziska. W moim przypadku były to Prologic C2 Element o długości 360 cm i krzywej ugięcia 3.5 lbs oraz Quasar 360 cm i 3.25 lbs - cztery wędziska podstawowe i dwa rezerwowe. Do tego kołowrotki Okuma 8K oraz T-rex w takiej samej konfiguracji cztery plus dwa. Plecionka o grubości 45 lbs po 300 metrów na szpuli do tego kilka szpul strzałówki Bulldozer 0,60 po 100 metrów każda. Kolejny bardzo ważny element to przyponówki. Analizując dno jakie jest na Rainbow i miejsca na stanowisku numer 16 wiedziałem że większość zestawów będzie umieszczana przy zatopionych drzewach. Biorąc pod uwagę że będzie to element końcowy, przy którym nie ma miejsca na kompromisy zdecydowałem na dwie przyponówki. Abys K-Link czyli coś sztywniejszego i Super Snake czyli miękki materiał oba o grubości 45 lbs. Kolejna sprawa to haki które muszą być bardzo ostre i mocne. Tu głównie na zestawy poszły XC7 oraz XC3, no i oczywiście nasze gotowe Ronnie. Ze względu na wysoki stan wody zabrałem ze sobą cały zestaw długich podpórek, gdyż ustawialiśmy wędki około 6-7 metrów od brzegu w wodzie. Sygnalizatory, które miały informować mnie o braniu to nowe SMX MK II i do tego swingery K3. Warto także pamiętać o dużym zapasie ciężarków w przedziale wagowym 180-250 gr, pływakach do zestawów i wszystkich niezbędnych akcesoriach, które i tak zawsze mamy ze sobą.

Długa podróż szybciej płynie w doborowym towarzystwie!
Długa podróż szybciej płynie w doborowym towarzystwie!

Podróż do Francji
Ze względu na to iż Rafał na Rainbow był wiele razy trasę miał już opanowaną. Jest to istotna sprawa, gdyż można ograniczyć nieco koszty wyjazdu. A więc w czwartek o godzinie 22.00 ruszamy z Jaworzna i w Zgorzelcu tankujemy samochód do pełna tak żeby kolejne tankowanie zrobić poza Niemcami czyli w Luksemburgu. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta różnica na paliwie to 50 euro centów na litrze. Tak więc w piątek rano meldujemy się w Luksemburgu i tam robimy sobie godzinny postój. Tankujemy samochód i ruszamy już bezpośrednio do Francji. Plan jest taki, żeby na wieczór zameldować się w zarezerwowanym wcześniej hotelu niedaleko Bordeaux, czyli około 160 km od celu. Różnica pomiędzy autostradą w Niemczech, a Francji jest taka, że ta pierwsza jest darmowa natomiast za tą drugą trzeba zapłacić około 50 euro. Przed godziną 20.00 w piątek meldujemy się w hotelu w Angouleme jemy kolacje, bierzemy, prysznic i do spania, gdyż jesteśmy wykończeni prawie dobą za kółkiem. O godzinie 10.00 po śniadaniu ruszamy w dalsza podróż, która zajmuje nam kolejne 3 godziny i około 13.00 meldujemy się w Club House na łowisku. Załatwienie formalności, około 30 minutowa rozmowa z Pascalem, gospodarzem wody i 13.30 docieramy na nasze stanowisko.

Miejscówka naprawdę robiła wrażenie swą naturalnością i dzikością
Miejscówka naprawdę robiła wrażenie swą naturalnością i dzikością

Stanowisko nr 16
Zanim dotarliśmy na stanowisko zwiedziłem Club House, w którym mamy do dyspozycji całą sanitarkę, lodówki, WiFi oraz mini bar. Ze względu na sytuację jaka panuje są także obostrzenia i od 6 do 8 oraz od 18 do 20 codziennie odbywa się dezynfekcja. Nie możemy wtedy skorzystać z sanitariatów. Kolejna sprawa to szybkie zwiedzanie pozostałych stanowisk i powiem szczerze, każde ma coś w sobie i chciałoby się na nim być. Łowisko otwarte po 3 miesięcznym lockoucie jest dopiero od 2 tygodni. Do tego mamy wysoki stan wody i kilka stanowisk jest zamkniętych. Teraz trochę o naszym miejscu, gdzie mamy spędzić wspólnie 2 tygodnie. A więc miejsca jest sporo. Wiedzieliśmy wcześniej o wysokim stanie wody, więc decyzja była taka, że obóz zrobimy sobie u góry i właśnie tam rozbiliśmy duży namiot Commander VX3 wraz z narzutą oraz kuchnie biwakową. Na każdym stanowisku dwuosobowym, a taka właśnie jest 16-stka mamy do dyspozycji dwie łódki wiosłowe dwa podbieraki, dużą matę, worek do ważenia oraz stojak. Warto ze sobą wziąć akumulator i silnik do łódki, ale to już indywidualna sprawa każdego wędkującego.

Pierwszy na brzegu melduje się leszcz - słusznych rozmiarów, ale nie po to przyjechaliśmy na Rainbow
Pierwszy na brzegu melduje się leszcz - słusznych rozmiarów, ale nie po to przyjechaliśmy na Rainbow

Co do wody na moje oko mamy do obławiania 3 może 4 hektary więc sporo. Potencjalnych miejscówek, które są tak zwanymi bankówkami około 10, a każdy wędkujący ma możliwość łowienia na cztery kije. Całe popołudnie spędzamy na ustawieniu zestawów w wodzie i sondowanie dna. Powiem szczerze, że pomysły na tej wodzie i miejsca wędkarsko ciekawe są nieskończone. Lewy brzeg to kilka dużych oraz małych powalonych drzew i głębokości oscylujące w granicach 1,5 do 4 metrów. Otwarta woda to górki i dołki od 4 do 8.5 metra. Na wprost mamy dużą wyspę z charakterystycznym punktem tzw. „brazillian tree” z lewej strony i kilka fajnych miejsc centralnie na wprost. Oczywiście wszędzie zatopione wielkie, stare drzewa. Kilkanaście metrów od wyspy w stronę stanowiska mamy około 7 metrowy rów i potem wyjście na górkę, która doskonale widoczna jest z łódki. Tam mamy wypłycenie na 1.5 metra i potem znów spadek na około 4 metry. Prawa strona to 4 małe wyspy na wodzie i kanał, gdzie są kolejne piękne miejsca, ale piekielnie trudne technicznie. Tak więc potencjalnie ciekawych miejsc do postawienia zestawów na pierwszy rzut oka jest co najmniej kilkanaście. I tak dwa wędziska kierujemy na lewy brzeg pod zatopione drzewa, jeden na otwartą wodę gdzie mamy górkę i głębokość około 5 metrów, jeden kij na „brazilliana”, 1 kij na wprost przy samym brzegu w drzewie, jeden do kanału około 200 metrów od stanowiska i złamany na kilku moonach i dwa na małe wyspy.

Młody łowca wyholował pięknego amura niczym stary wyjadacz!
Młody łowca wyholował pięknego amura niczym stary wyjadacz!

Wędkowanie
Pierwsze zestawy wylądowały w wodzie już w sobotę późnym popołudniem, a kolejne wieczorem. Znając tzw bankówki stwierdziliśmy, że na początku one będą naszym celem. Na pierwsze rezultaty nie czekaliśmy długo. Bo już w niedzielę do południa mieliśmy pierwsze branie, lecz niestety to był leszcz. Kolejne dwie godziny później tym razem na mojej kolejce. Odjazd spod brazilliana, szybkie zatrzymanie ryby i wyprowadzenie na otwartą wodę. Pakujemy się z Rafałem do łódki i płyniemy około 60 metrów. Po około dziesięciu minutach widzę swojego przeciwnika. Adrenalina jest tak duża, że człowiek skupia się wtedy na wielu rzeczach, żeby czegoś nie zepsuć. Tym bardziej, że z tyłu głowy mam to, że jestem na Rainbow, to jest pierwsza ryba i do tego widzę, że nie mała. Po kolejnych pięciu minutach Rafał podbiera mojego pierwszego i jak się później okazało ostatniego mirrora z Lac De Curton. Na brzegu radość nie do opisania. Waga wskazuje 20.500, szybka sesja w wodzie, gdyż mamy wysokie temperatury gratulacje od Igora i Rafała oraz kolegi z Anglii, który właśnie odwiedził nasze stanowisko. Kolejne branie i tym razem junior naszej zasiadki, czyli Igor niczym wytrawny łowca razem z tatą holuje pięknego, grubego amura o wadze 13,5 kg. No, no 10 lat i takie umiejętności których nie powstydziłby się dorosły karpiarz. Na następne karpiowe branie czekaliśmy do wtorku. I tu sytuacja niczym z kina akcji. Opowieść Rafała co musiał zrobić i jak do końca walczył o tą rybę jest niesamowita. Zestaw łamany cztery razy, ryba przeszła pod trzema drzewami. Zestaw był obcinany, potem kolejno wiązany, a Rafał skakał po tych drzewach niczym Bear Grylls w szkole przetrwania. Niestety tym razem karp wygrał tę batalię. Kolejne dni to sporadyczne brania leszczy oraz jednego pieknego lina, którego złowił Igor. Po tygodniu zasiadki zaczęliśmy szukać nowych miejsc nie odpuszczając kilku, na które łowiliśmy od początku. Około godziny 12 - Rafał z Igorem popłynęli w okolice brazilliana i tam widzieli karpia wygrzewającego się w słońcu. Podpłynęli po cichutku i obok niego postawili zestaw. Nie minęły dwie godziny i podczas, gdy ja jestem na wodzie obstukując nowe miejsce następuje branie. Rafał z Igorem szybko wskakują na łódkę wiosłowa, a ja spływam na silniku szybko na stanowisko. Po około piętnastu minutach z brzegu widzę, że ryba ląduje w podbieraku. Zgodnie mówimy sobie, że to musiała być ta ryba którą widzieli. I bingo, bo została właśnie złowiona. Karp po dużych przejściach z uszkodzonym bokiem podobno jest starym bywalcem tamtejszych rejonów i do tego regularnie łowionym. Waga wskazuje 17.600, a radość chłopaków nie do opisania. To była zarazem ostatnia ryba naszej zasiadki na tęczowym jeziorze. Ale emocje jakie towarzyszą do dziś i wspomnienia, które mam w głowie będą ze mną jeszcze bardzo długo.

Stały bywalec tamtych rejonów - widać po przejściach
Stały bywalec tamtych rejonów - widać po przejściach

Na koniec
Dzięki chłopaki za te dwa tygodnie razem, wspólne granie w karty, wygłupy, wieczorne rozmowy i robienie sobie psikusów. Było naprawdę super i chciałbym to kiedyś powtórzyć. A każdemu, kto będzie miał możliwość przyjechać tu na Rainbow mogę powiedzieć jedno - zostaw wszystko i spróbuj choć raz zmierzyć się z tą wodą bo naprawdę warto. Ja spełniłem swoje marzenie, marzenie każdego karpiarza by tam być. Pozdrawiam Łukasz Małodobry Prologic Polska

Dziękuję chłopaki za wspólne 2 tygodnie!
Dziękuję chłopaki za wspólne 2 tygodnie!

Skomentuj