Torpedy z tafli

Przetłumacz:

Wreszcie wiosna! I to w pełni. Natura wybuchła żywymi kolorami, ale mnie dużo bardziej cieszą coraz częstsze „wybuchy” na powierzchni wody. Gejzery połączone z fruwającymi uklejami przyspieszają bicie serca chyba każdego spinningisty. I nikogo to nie dziwi, bo zwiastują one jedno. Żerujące bolenie.

Średnia ocen:

Srebrne torpedy, które dla mnie osobiście stanowią jeden z ulubionych celów spinningowych wypraw. Dzisiaj nie będzie kolejnego tekstu o rzucaniu z prądem i ekspresowym prowadzeniu woblera przez warkocz. Owszem, wykorzystamy pewne elementy pochodzące z tego schematu, ale chciałbym poruszyć tematy według mnie najpiękniejszego sposobu łowienia tych ryb - łowienia powierzchniowego.

Aby był sens kuszenia boleni tą techniką, musi zaistnieć kilka czynników. Naszym sprzymierzeńcem będzie wysoka temperatura i spore nasłonecznienie, a także w miarę bezwietrzna pogoda. Wszystko to powoduje, że uklejki i inne drobne ryby, które stanowią główny cel boleniowych ataków, zajmują przypowierzchniowe warstwy wody, a za nimi, niczym wilki, podążają drapieżniki. Ich ataki są doskonale widoczne, jednak samo zaobserwownie miejsca żerowania ryb jest tylko wskazówką, którą musimy umieć wykorzystać.

Ostrogi, śródklatkowe łachy i przykosy, jak magnes przyciągają drobnicę, a wraz z nimi drapieżniki.

Ostrożność ponad wszystko
Ciche poruszanie się po brzegu czy zachowanie na jednostce pływającej podczas łowienia “z wody” to podstawa boleniowego rzemiosła. Podczas łowienia aspiusów żerujących na bardzo płytko ustawionej drobnicy każdy nieostrożny krok, złamanie gałązki czy hałasownie kamieniami na ostrodze lub opasce spowoduje, że spłoszymy zarówno drobnicę, jak i czatujące rapy. Warto nie tylko uważnie patrzeć pod nogi, ale i obserwować z bezpiecznej odległości potencjalne łowisko tak, aby zaplanować, jak poprowadzimy przynętę i gdzie zajmiemy stanowisko, zanim je zajmiemy.

Z prądem i w poprzek nurtu
Łowienie boleni z reguły kojarzy nam się z prowadzeniem przynęty pod prąd. To skuteczna technika, ale podczas łowienia z powierzchni sprawdza się najgorzej. Powiedzcie sami, kiedy zaobserwowaliście osłabioną lub panicznie uciekającą przed drapieżnikiem rybkę, poruszającą się pod szybki nurt? Z reguły ruch ten odbywa się zgodnie z kierunkiem płynącej wody lub w poprzek. I tak powinna poruszać się nasza przynęta. Ślizgać się po tafli, wykorzystując pęd wody. Zanurzać minimalnie pod powierzchnię, by po przyspieszeniu lub ruchu szczytówką delikatnie „zaoczkować” lub wręcz odjechać na ogonie, niczym panicznie uciekająca ukleja. Możecie być jednak spokojni. Atakujący boleń zawsze zdąży. Ten sposób prowadzenia przynęty wymusza na nas zajęcie nieco innego stanowiska niż podczas klasycznego łowienia. Nierzadko, łowiąc tą techniką, poruszam się “po pstrągowemu”, a więc idę w górę rzeki. Nie tylko zachodzę ryby od ogona, ale też nie zadeptuję sobie miejsc, w których zamierzam łowić. Zaczynając łowić w ten sposób, początkowo byłem zaskoczony, jak wiele ryb łowię tą techniką.

Seryjne woblery powierzchniowe.

Seryjne i handmade, czyli boleniowe bezsterowce
Już sam śródtytuł jasno określa wabiki, po jakie sięgam. Są to wyłącznie bezsterowe woblery, w rozmiarze 5-10 cm, imitujące ukleje i inne drobne ryby. Konstrukcje pozbawione steru pozwalają przy wysko uniesionym kiju tylko ślizgać się po tafli, doskonale imitując “jadącą na ogonie” uklejkę. Takie przynęty możemy znaleźć w ofercie zarówno dużych producentów, jak i ręcznie struganych bądź odlewanych w domowych pracowniach wabików. Trudno wskazać tu jednoznaczny kierunek, choć - jak w każdej metodzie - i tu mam swoich faworytów i ulubieńców. Seryjne konstrukcje mają tę zaletę, iż z reguły są łatwo dostępne i powtarzalne, co nie jest domeną każdego ręcznie struganego woblera. Za to produkty “hand made”, po które chętnie sięgam, bardzo często mają w sobie to “coś”. Bo zostały stworzone do konkretnych warunków i są to konstrukcje dopieszczone w najmniejszym szczególe, a te, jak wiemy, potrafią robić różnicę. Za jakość trzeba jednak zapłacić. Uważam jednak, że warto, zwłaszcza że przy łowieniu techniką powierzchniową, straty przynęt są wręcz marginalne.

W moim pudełku nie brakuje konstrukcji handmade.

Żyłka, plecionka i reszta ekwipunku
Nie przedstawię wam gotowego, idealnego zestawu, bo taki nie istnieje. Masa woblerów do łowienia z powierzchni waha się nierzadko w przedziale pomiędzy 5 a 30 g, więc już to będzie detrminowało wybór wędziska. Pamiętajmy, że konstrukcje bezsterowe stawiają w wodzie znikomy opór, więc głównie skupiamy się na właściwościach rzutowych, a także amortyzacyjnych, kiedy przyjdzie nam stoczyć bój z nurtowym boleniem. Kołowrotek powienien mieć jak najszerszą szpulę i precyzyjny hamulec walki. Wysokie przełożenie może okazać się przydatne, ale nie jest warunkiem koniecznym.

Dobry zestaw pozwoli komfortowo wykonać setki rzutów dziennie.

Dużo więcej uwagi przywiązałbym do linki, którą będziemy się posługiwali. Łowienie na dużych dystansach, zasięg i przede wszystkim kontakt z wabikiem, zapewniający skuteczne zacięcie ze znacznej odległości, jasno promuje nierozciągliwą plecionkę. Ja jednak chętnie sięgam po żyłkę z prostej przyczyny. Dolnośląska Odra, na której poszukuję rap, nie jest zbyt szeroką rzeką. Dobrze skomponowany zestaw “pozbawił” mnie już kilku woblerów, które ugrzęzły w krzakach na przeciwległym brzegu. Myślę, że lepszej rekomendacji w kwestii zasięgu rzutów nie potrzeba. Żyłka daje też większą amortyzację podczas holu, a dobrej klasy 0,22 mm pozwoli wygrać starcie z nawet okazowym egzemplarzem.

Brania, o ile celne, są nie tylko widowiskowe, ale z reguły też bardzo pewne.

Łowienie, czyli trzymaj nerwy na wodzy
Wszyscy wiedzą, iż nie wykonujemy rzutu w miejsce, gdzie widzieliśmy atak bolenia, bo z reguły już go tam nie ma. Poza tym boleń, to nie kleń i nie lubi, kiedy wabik spada mu wprost na głowę. Podajemy przynętę dalej, tak, by poprowadzić ją przez miejsce powtarzających się ataków. Nie robimy też tego co chwilę. Nierzadko zwijany wobler rozbija stadko uklejek, lub wręcz je płoszy. Lepiej wykonać mniej rzutów, ale precyzyjnych, przemyślanych i popartych obserwacją tego, co aktualnie dzieje się na wodzie.

Aby poprawnie i skutecznie łowić w takim miejscu, najlepiej zająć stanowisko mniej więcej na wysokości połowy długości warkocza.

Najpiękniejsze w każdej technice powierzchniowej są momenty, kiedy widzimy, że naszą przynętą zainteresował się drapieżnik. Podążający wał za przynętą czy wręcz gejzer wybuchającej wody zostają na długo w naszej pamięci. Mimo to musimy zwlekać z zacięciem do chwili, kiedy nie poczujemy ciężaru na wędce. A nierzadko zdarza się, że boleń płynie za woblerem, atakuje, a trafia dopiero po kilku nieudanych próbach. Kto choć raz doświadczy takiej sceny, przepadnie, tak jak ja.

Nawet niewielka rapa złowiona z powierzchni, daje mnóstwo satysfakcji i adrenaliny.

I na zakończenie...
Czy naprawdę w dzisiejszych czasach trzeba jeszcze kogokolwiek namawiać do wypuszczania boleni? Chyba nie, ale naprawdę nie potrafię sobie odmówić tych kilku zdań apelu do wszystkich, którzy nadal uważają inaczej, zwłaszcza że od czasu, kiedy łowienie rap stało się popularne, wyraźnie spadła ich ilość. A więc coś jest na rzeczy. Szanujcie złowione bolenie. Nie mają absolutnie żadnej wartości kulinarnej, za to właśnie dzięki nim widać, że nasze łowiska tętnią życiem.

Skomentuj